PIU uważa, że zmiany są konieczne, bo choć składka na ubezpieczenie zdrowotne rośnie z roku na rok (obecnie 8,5%, a ma osiągnąć poziom 9%), to publiczny system jest i będzie niewydolny. - Wzrost kosztów opieki zdrowotnej będzie szybszy niż PKB, dlatego też zostanie przerzucony na barki obywateli, co na dłuższą metę nie będzie przez nich akceptowane - przekonywał wczoraj dr Krzysztof Grzyliński, ekspert PIU.

Już teraz zadłużenie ZOZ-ów wynosi 8 mld zł. A niedobór pieniędzy w systemie, szacowany na 30% ogółu wydatków na zdrowie, pokrywany jest z kieszeni pacjentów. Dopłacają oni do leków, środków medycznych czy też muszą płacić za usługi, np. dentystyczne (z danych GUS wynika, że 6% z nich w ogóle nie korzysta z publicznego systemu). Znaczna część tych pieniędzy trafia też do szarej strefy.

Zdaniem Grzylińskiego, sytuację mogłoby zmienić wprowadzenie dodatkowych dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych. W krajach starej Unii Europejskiej finansują one od 10 do 30% wydatków na cele zdrowotne. W Polsce ich udział jest marginalny. - Choć udział wydatków prywatnych w Polsce jest wyższy niż w krajach UE, to tylko 1% z nich trafia do zorganizowanej opieki medycznej - stwierdził K. Grzyliński. - Szacujemy, że dzięki wprowadzeniu dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych do zagospodarowania będzie około 3-4 mld zł rocznie - wyjaśnił.

Dlaczego więc ubezpieczenia zdrowotne są w Polsce ciągle w powijakach? I co może to zmienić? Według PIU, konieczna jest zmiana prawa. Postulatów jest kilka. - Państwo powinno zdefiniować koszyk gwarantowanych świadczeń medycznych, wprowadzić minimalne standardy procedur medycznych oraz określić zasady współpłacenia za usługi - wyliczał K. Grzyliński. - Należy zastanowić się nad wprowadzeniem ulg podatkowych dla osób fizycznych i prawnych (wydatki odpisywałoby się od podstawy opodatkowania - przyp. red), a także stworzeniem ubezpieczonym wyboru pomiędzy korzystaniem z usług publicznych i prywatnych placówek - dodał. PIU liczy, że zmiany uda się wprowadzić po wyborach parlamentarnych.

Problem w tym, że zdaniem polityków mogą one doprowadzić do "nierównego" dostępu do usług medycznych, co może nie spodobać się biednej części społeczeństwa (np. PiS chciał powrotu do systemu budżetowego). - Nie boimy się wprowadzenia zmian, które na dodatek konieczne. Nie można jednak liczyć, że zostaną wprowadzone od razu. Musi się to łączyć z przebudową systemu, a to wymaga czasu i akceptacji szerokiego spektrum politycznego - stwierdziła Elżbieta Radziszewska, poseł PO (typowana na nowego ministra zdrowia).