Wczoraj Rada Warszawy przyjęła po długich sporach sprawozdanie z realizacji budżetu stolicy w 2004 r. L. Kaczyńskiego, oprócz PiS (24 głosy) poparli radni niezrzeszeni (sześć głosów) a także dwóch radnych z LPR, działaczy NSZZ Solidarność (część komentatorów twierdzi, że to początek sojuszu związku z partią). Zgodnie z zapowiedziami, przeciw byli członkowie PO i SLD. Platforma tłumaczyła, że L. Kaczyński nie przeprowadził potrzebnych inwestycji. PiS ripostowała, że dochody budżetu miasta (6,05 mld zł) zrealizowano na poziomie 99%, w 2004 r. podjęto niemal 200 zadań inwestycyjnych (w 2001 r. - tylko 83), a więc o żadnych nieprawidłowościach mówić nie można.

Czy samorządowy spór zagrozi przyszłej koalicji obu partii na poziomie rządu? Politycy odpowiadają, że to tylko "lokalna" sprawa. - Platforma jest nadal strategicznym partnerem PiS do konstruowania gabinetu - zapewniał wiceprzewodniczący Rady Karol Karski (PiS). Sprawę bagatelizuje też PO. - W Radzie Warszawy w poprzednich latach wielokrotnie dochodziło do podobnych rozwiązań politycznych - tłumaczy Joanna Fabisiak, przewodnicząca koła PO w warszawskim ratuszu. Rzeczywiście, w 2004 r. PO także była przeciw absolutorium. Wtedy jednak nie zbliżały się wybory parlamentarne.

Inaczej na konflikt patrzą ekonomiści. - Potwierdzają się obawy, że współpraca tych partii będzie bardzo trudna. PO i PiS mają różne priorytety w polityce gospodarczej - ocenia Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku. - Wiele zależy od tego, kto będzie grał pierwsze skrzypce w koalicji. Ale tak naprawdę, różnice w programach gospodarczych ujawnią się dopiero w przyszłym roku, kiedy partie usiądą do pisania nowego budżetu - uważa Grzegorz Szczodrowski z Instytutu Sobieskiego, kojarzonego z PiS.

PAP