Papiery PEP zadebiutowały na giełdzie po 7 zł. Były więc o 10,3% tańsze niż w ofercie publicznej (7,8 zł). Później, w ciągu sesji, odrobiły część strat, by na koniec dnia kosztować 7,2 zł (-7,7%).
Kiepski debiut spółki energetycznej nie był zaskoczeniem. Już przebieg oferty publicznej wskazywał, że akcje PEP nie cieszyły się zbyt dużym zainteresowaniem. Z oferowanych 10,65 mln walorów inwestorom przydzielono niecałe 4,6 mln sztuk. - Koniunktura na rynku pierwotnym wyraźnie się popsuła. To nie jest dobry moment na debiut giełdowy, o czym przekonał się nawet Polmos Białystok, mimo że jego akcje sprzedały się na pniu - mówi Znigniew Prokopowicz, p.o. prezesa PEP. - I do tego ta data: piątek, trzynastego - żartuje.
Sprzedawali drobni
Piątkowemu spadkowi towarzyszyły znikome obroty. Pierwszego dnia notowania właściciela zmieniło 46 tys. akcji PEP, czyli zaledwie 0,4% wszystkich papierów dopuszczonych do obrotu. Niski wolumen wskazuje, że akcji pozbywała się część inwestorów indywidualnych. Można powiedzieć, że główni akcjonariusze (fundusze Enterprise Investors oraz Polenergy Investments) "zadbali" o to, aby nie było większej podaży. Mimo że podczas IPO drobni gracze byli gotowi nabyć przeszło 40% więcej akcji, niż im oferowano, wprowadzający woleli nie zwiększać transzy detalicznej i zredukować odpowiednio zapisy. - Woleliśmy raczej ograniczyć liczbę sprzedawanych akcji w stopniu, który z jednej strony umożliwi spółce spełnienie wymogów GPW, a z drugiej zapewni wystarczający poziom obrotu akcjami na rynku - tłumaczy Andrew Cowley, dyrektor Polenergy Investments. Fundusz chciał pierwotnie upłynnić w ofercie publicznej wszystkie posiadane akcje PEP, pozostał jednak z 19,5-proc. pakietem.
Większościowi akcjonariusze zapewniają ponadto, że w najbliższym czasie nie będą zbywać akcji PEP.