Ministerstwo Finansów po raz drugi próbuje zrównać stawki akcyzy na olej opałowy z tymi, które obowiązują na olej napędowy. Dla tego pierwszego paliwa oznacza to podwyżkę podatku z 233 zł do 1028 zł na 1 tys. litrów, dla drugiego - obniżkę z 1099 zł do 1028 zł na 1 tys. litrów. MF twierdzi, że w ten sposób zlikwiduje sprzedaż oleju napędowego pod nazwą opałowego, co obniża dochody budżetu państwa.
Przedstawiciele branży paliwowej uważają, że resortowi finansów nie chodzi o walkę z szarą strefą, ale po prostu o pieniądze podatników. Zmiana rozporządzeń ma dać budżetowi w tym roku łącznie prawie 1,6 mld zł.
Łatanie dziur
- To po prostu próba załatania dziury budżetowej - powiedział Włodzimierz Ostaszewski z Polskiej Izby Paliw Płynnych.
Za tym, że resortowi zależy wyłącznie na pieniądzach, przemawiają zmiany w akcyzie na oleje opałowe ciężkie - z 60 zł do 695 zł na 1 tys. kg. Pozornie ta zmiana ma uniemożliwić sprzedaż pod nazwą olejów ciężkich takich substancji, które z powodzeniem można wlewać do baku. Tyle tylko, że resort finansów jednocześnie chce zmienić definicje olejów lekkich i ciężkich. W rezultacie ilość substancji, która zostałaby zaliczona do tej pierwszej kategorii, po wejściu rozporządzenia w życie byłaby o wiele większa niż teraz (i obłożona wyższymi podatkami).