Jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości dotyczące koncepcji obniżania deficytu budżetowego przez jeszcze nam panujący rząd, niech popatrzy na jego ostatnie propozycje. Jak powszechnie wiadomo, deficyt można zmniejszać albo obniżając wydatki, albo zwiększając dochody, albo i jedno i drugie.
Ostatnie dwa lata to okres, w którym na okrągło słyszeliśmy o planach racjonalizacji wydatków, lepszym rozdysponowywaniu pieniędzy, likwidacji różnych agencji, centrali itd. itp. I co? I nic! Słyszeliśmy i tyle. Jak przyszło co do czego, to się szybko okazało, że nawet jeśli chęci są (a i to nie jest tak naprawdę do końca pewne), to możliwości z całą pewnością nie ma. Mało tego: powstają kolejne twory, jak np. ten, który ma wspierać polską kinematografię. Nie jestem specjalistą od finansowania filmów, ale jak słyszę o jednej centralnej instytucji zasilanej z podatków (w dodatku nie z tych, które już są, ale z kolejnych, nowych, jakby tych już istniejących było mało), decydującej o przyznawaniu finansowania na sobie zapewne tylko znanych zasadach, to jakieś światełko mi się w głowie zapala. A jak dodam do tego jeszcze polską rzeczywistość, to już pewien jestem, że wyjdzie jak zwykle: dobrych filmów zapewne od tego nie przybędzie, ale ci, którzy mają zarobić - zarobią. A my zapłacimy podwójnie. Po raz pierwszy w związku z nowymi podatkami (bo przecież nadawcy jakoś będą sobie musieli odbić konieczność płacenia haraczy), a po raz drugi w kinach.
Cięć w wydatkach jest zatem jak na lekarstwo, racjonalizacji także niewiele więcej. Wniosek nasuwa się więc sam: jeśli deficyt maleje, oznacza to, że rosną podatki. A jakie podatki najłatwiej podnieść? Oczywiście, pośrednie. Wzrost PIT czy CIT byłby absolutnie widoczny nawet dla kogoś, kto o finansach wie niezbyt dużo. Ale gdy podniesiemy akcyzę czy VAT, to trochę fermentu wprowadzimy. No bo dlaczego np. bułka, benzyna czy bilet tramwajowy podrożały? Zawsze można zwalić winę na inflację, sytuację na świecie albo pazerność producentów czy też handlowców. Tak swoją drogą, ciekawe, czy przeciętny Kowalski zdaje sobie sprawę z tego, że w takiej bułce płaci wszystkie możliwe podatki. I akcyzę (bułkę trzeba przecież jakoś dowieźć, trzeba zatem mieć samochód, a do niego nalać paliwo, w obu przypadkach kłania się podatek akcyzowy) i VAT (tu sprawa jest oczywista) i podatek dochodowy (wszystko jedno, czy CIT czy PIT).
I tak to właśnie, przez wzrost podatków, dokonuje się reformy finansów publicznych. Jakby tego było mało, Ministerstwo Finansów założyło sobie poszerzenie bazy podatkowej. Kiedyś napisałem na tych łamach, że w związku z enigmatycznością tej koncepcji (nikt nie chciał mówić, o co chodzi z tym poszerzeniem) powinni zacząć się bać nasi sąsiedzi, bo być może Czechom, Słowakom czy Litwinom przyjdzie płacić podatki polskiemu fiskusowi. Białorusinom raczej nie, szczególnie po ostatnich wydarzeniach. Teraz jednak dowiadujemy się powoli, o co chodziło. Otóż, między innymi, ma zostać wyrównana stawka podatku akcyzowego na olej napędowy i opałowy, jednocześnie podatek ten ma zostać nałożony na gaz używany np. do ogrzewania. Paranoja! Najbardziej podoba mi się tłumaczenie, że zrównanie stawki w przypadku oleju napędowego i opałowego ma ukrócić nadużycia. Pełna zgoda, ale dlaczego ukrócenie nadużyć nie może polegać na obniżeniu stawki na olej napędowy i podniesieniu na opałowy? Czyli innymi słowy na neutralności z punktu widzenia kupujących te produkty? Przecież dochody do budżetu i tak powinny wzrosnąć, skoro dojdzie do ukrócenia nadużyć.
Wciąż jest więc tak samo. Niewiele robi się przy wydatkach państwa, drenuje się natomiast nasze kieszenie. Tyle tylko, że teraz w sposób bardziej ukryty. A tak swoją drogą: czy te wszystkie decyzje przed wyborami oznaczają, że obecny rząd naprawdę stara się nie działać pod publiczkę, czy też sytuacja budżetowa jest w rzeczywistości aż tak trudna? Dowiemy się o tym za parę miesięcy...