Bardzo chciałem się wczoraj pomylić w oczekiwaniu na nudną sesję. Co z tego wyszło, wszyscy widzieli. Choć tych, co faktycznie widzieli, było niewielu, na co wskazują obroty. Większość zarządzających wciąż trzyma nogi na stole i spokojnie czeka na jakieś poważniejsze impulsy. Końcówka oferty Lotosu, wyczekiwanie na decyzję RPP, świąteczny tydzień, czy choćby tylko widmo francuskiego referendum - to wszystko są argumenty, które nie przemawiają za zwiększoną zmiennością na GPW. Ten tydzień jest na przeczekanie.

Zdecydowanie za to nie czekają amerykańscy konsumenci. Nie czekają szczególnie z zakupem domów na rynku wtórnym. Ich sprzedaż wzrosła w kwietniu o 4,5% do rekordowych poziomów 7,18 mln (uwzględniając sezonowość). Analitycy oczekiwali danych na poziomie z poprzedniego miesiąca. Jak widać, po równie kosmicznych danych z rynku pierwotnego, szaleństwo zakupów nie ominęło rynku wtórnego. Wszystko jest oczywiście zasługą równie kosmicznie tanich kredytów hipotecznych, które podobnie jak rynek długu, w ograniczonym zakresie reagują na politykę Fed.

Najciekawsze w tym wszystkim są jednak ceny, bo przecież to inflacja wyznacza ostatnio kierunki walutom i indeksom. Okazuje się, że w kwietniu ceny domów na rynku wtórnym wzrosły o 15,1% rok do roku. To dynamika nie widziana od ćwierćwiecza. Żeby było jeszcze ciekawiej, warto zerknąć na sezonowość cen na rynku nieruchomości w USA. Kwiecień jest miesiącem, w którym występuje największe negatywne odchylenie od mediany cen z całego roku (najniższe ceny). Ceny za to najdynamiczniej rosną przez cały okres wakacyjny (czerwiec - sierpień). Oczywiście większość analityków doskonale z tego faktu zdaje sobie sprawę. Nikt jednak głośno nie powie, że "władza kłamie", a koszyk inflacyjny powinien inaczej wyglądać.