Po dwóch tygodniach przerwy ceny ropy zarówno w Londynie, jak i w Nowym Jorku znów przekroczyły poziom 50 USD za baryłkę. Bezpośrednim powodem silnego skoku notowań (jeszcze we wtorek cena surowca oscylowała wokół 49 USD) był środowy raport Amerykańskiego Departamentu Energii (DoE). Otóż okazało się, że w ubiegłym tygodniu zapasy ropy w Stanach Zjednoczonych, które utrzymywały się na najwyższym poziomie od sześciu lat, niespodziewanie spadły, o 1,68 mln baryłek, do 332,4 mln baryłek. Było to o tyle zaskakujące, że analitycy spodziewali się wzrostu o 1,5 mln baryłek. Spadek jest tym bardziej niepokojący, że w przyszłym tygodniu rozpoczyna się w USA sezon wzmożonych wyjazdów urlopowych, trwający zwykle do pierwszych dni września. W tym czasie wyraźnie rośnie popyt na paliwa. A analitycy ostrzegają, że na zwiększenie produkcji przez OPEC nie ma raczej co liczyć, bo kartel już teraz wytwarza ropę na prawie maksymalnych obrotach, czyli w tempie 30 mln baryłek dziennie.
Po środowym silnym skoku, w czwartek sytuacja na rynku nieco się uspokoiła, choć ceny nadal rosły. Pojawiły się bowiem sygnały, że amerykańskie rafinerie zwiększą produkcję i uruchomią strategiczne zapasy, by sprostać zwiększonemu popytowi na ropę w sezonie wakacyjnym.
W końcu sesji środowej za baryłkę ropy gatunku Brent płacono w Londynie 50,1 USD. Na nowojorskim rynku NYMEX cena tego surowca na początku sesji kształtowała się natomiast na poziomie 51 USD za baryłkę.