Najlepiej opłacanym menedżerem amerykańskiego funduszu hedgingowego był w zeszłym roku Edward Lampert, który zarobił okrągłą kwotę miliarda dolarów. To suma pieniędzy zebranych z prowizji od obracania środkami powierzonymi jego funduszowi ESL Investments, jak też zysków osiągniętych z własnego kapitału zainwestowanego w ten podmiot. Lampert zyskał przede wszystkim dzięki doprowadzeniu do fuzji dwóch gigantów handlu detalicznego - Searsa i Kmarta. W zeszłym roku kurs tego drugiego wystrzelił w górę ponadtrzykrotnie i był to główny powód, dla którego ESL Investments zarobił aż 63%. W portfelu funduszu, na koniec grudnia wartym 9,2 mld USD, oprócz Searsa i Kmarta w ciągu roku pojawiły się akcje tylko trzech innych firm.
Miliard dolarów jest najwyższą kwotą, jeśli chodzi o zwycięzców czterech dotychczasowych rankingów publikowanych przez Institutional Investor. Najwyższa jest także średnia dla czołowej "25", wynosząca 251 mln USD. Przy okazji zestawienia sprzed czterech lat średnia była niemal o połowę niższa. Żeby w ogóle znaleźć się w pierwszej "25", zarządzający funduszem hedgingowym musiał zarobić w zeszłym roku co najmniej 100 mln USD.
Obok Lamperta, na pierwszych trzech miejscach znaleźli się jeszcze James Simons, (firma Renaissance Technologies, zarobił 670 mln USD) oraz Bruce Kovner (Caxton Associates, 550 mln USD). Pierwszy, doktor matematyki, zarabia stosując programy komputerowe do szybkiego obracania akcjami, wykorzystując często dużą dźwignię finansową. Drugi szuka okazji na różnych rynkach - nie tylko akcji, ale też walutowym i surowcowym.
Astronomiczne zarobki zarządzających funduszami hedgingowymi (dla porównania: wśród pięciuset największych amerykańskich firm giełdowych płaca prezesa rzadko przekracza 10 mln USD) biorą się z szalenie wysokich prowizji, które pobierają oni za swoją pracę. Z reguły są wynagradzani w systemie "1 i 20" - 1% kasują od kwoty powierzonych aktywów, a 20% od kwoty, jaką dzięki nim wypracują. W skrajnych przypadkach pierwsza stawka sięga jednak nawet 5%, a druga 50%. W takiej sytuacji już samo prowadzenie funduszu wartego miliard dolarów oznacza, że zarządzający nim bierze do kieszeni aż 50 mln USD.
Jak podkreślają obserwatorzy rynku funduszy hedgingowych, tak znaczne stawki - co najmniej kilkakrotnie przewyższające pobierane przez "tradycyjne" fundusze inwestycyjne - utrzymują się wbrew logice. Do funduszy hedgingowych w ostatnich latach wpłynął bowiem bardzo szeroki strumień pieniędzy, co powinno zaowocować zwiększeniem presji na obniżkę prowizji.