Ostatnie dane o PKB w pierwszym kwartale 2005 r. mocno rozczarowały. Głównie jeśli chodzi o inwestycje. Miało być tak dobrze, a tu klops. Czyli nic. Bo za nic można uznać wzrost zaledwie o 1%. Oczywiście, możemy mówić o efekcie bazy, wchodzeniu do Unii Europejskiej i nadspodziewanych wynikach w zeszłym roku, ale to nie tłumaczy tak złych informacji. Według danych GUS sprawa jest jasna: zwalniamy.
Oczywiście, można szukać jakichś elementów pozytywnych. Dane kwartał do kwartału - na przykład - wyglądają już znacznie lepiej. Dla mnie jeszcze istotniejsze jest to, że pierwszy kwartał to już głęboka przeszłość. Mamy dane o aktywności gospodarczej za kwiecień, a te są zdecydowanie korzystniejsze. Szczególnie jeśli chodzi o produkcję przemysłową. Jest więc bardzo prawdopodobne, że pierwszy kwartał tego roku to dno, od którego już się odbiliśmy. Pięć procent wzrostu PKB jest już raczej poza naszym zasięgiem, ale cztery są wciąż całkiem realne. I miejmy nadzieję, że chociaż tyle osiągniemy. Pytanie tylko, czy powinno nas to zadowalać? Ale cóż, nie ma reform, nie ma zatem, co oczywiste, efektów tych reform. W zamian za to będziemy mieli kolejne podwyżki podatków...
Nie o tym jednak, zaintrygowało mnie co innego. A mianowicie to, jak bardzo niejednoznaczne są publikowane w Polsce dane dotyczące koniunktury, klimatu inwestycyjnego, aktywności gospodarczej czy też ilości wyprodukowanych dóbr i usług.
Od końca 2004 roku bombardowani jesteśmy pozytywnymi informacjami dotyczącymi przyszłych inwestycji w Polsce. Pomijam już dane o sytuacji finansowej spółek, bo jej poprawa nie musi się automatycznie przekładać na wzrost inwestycji. Wiemy zresztą, że spółki znaczną część nadwyżek inwestują w bony skarbowe, innego rodzaju papiery dłużne, tworzą depozyty na rynku pieniężnym albo lokaty w banku. Jednak na podstawie badań banku centralnego oraz innych niezależnych ośrodków wiemy, że przynajmniej od czwartego kwartału 2004 roku przedsiębiorcy wyraźnie zwiększyli plany inwestycyjne. Tak dobrze nie było od 1999 roku. Mało tego, rośnie wyraźnie liczba gruntów przygotowywanych pod inwestycje. Z kolei banki komercyjne wskazują na wzrost liczby i wolumenu udzielanych kredytów inwestycyjnych oraz na wzrost liczby wniosków o przydzielenie tego typu finansowania. Rośnie także rynek leasingu. Badania przewidywanej koniunktury gospodarczej wśród przedsiębiorców wskazują co prawda na pogorszenie ocen, ale wciąż są one stosunkowo niezłe, szczególnie w porównaniu z tym, co obserwowaliśmy jeszcze półtora roku temu.
Jak to wszystko ma się do danych o PKB za pierwszy kwartał? Dlaczego te dane nie są kompatybilne? Dlaczego się nie zazębiają? Mało tego, dlaczego prowadzą do zupełnie innych wniosków?