Reklama

Podróże... kształcą

Z Iwoną Smith partnerem w PricewaterhouseCoopers rozmawia Leszek Waligóra

Publikacja: 08.06.2005 08:29

Co to jest Ulysses?

To program, którego uczestnicy - wzorem mitycznego Ulissesa - mają możliwość uczenia się przez podróż, zarówno rozumianą dosłownie (zwykle wyjazd do odległego kraju), jak i w przenośni - przez zdobywanie nowych doświadczeń. Biorą w nim udział wybrani partnerzy (kadra zarządzająca najwyższego szczebla) naszej firmy, których typuje się na przyszłych liderów odpowiedzialnych za coraz szersze obszary działania PricewaterhouseCoopers. Program ma trzy główne zadania: kształtować odpowiedzialność społeczną, umiejętności zarządzania i funkcjonowania w multikulturowym środowisku. Do tej pory w tym projekcie uczestniczyło 47 osób, w tym dwie z tej części Europy i tylko jedna z Polski. W jego ramach przez osiem tygodni pracujemy w krajach rozwijających się - m.in. w Peru czy Ugandzie. W poprzednich edycjach uczestnicy Ulyssesa odpowiadali m.in. za stworzenie i realizację strategii rozwoju socjoekonomicznego na obszarach dotkniętych problemem min przeciwpiechotnych w Erytrei lub wdrożenie planu aktywizacji sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Ekwadorze. W programie uczestniczą organizacje pozarządowe - między innymi UNDP, agenda ONZ.

Pani trafiła do Timoru Wschodniego. Czy to miało coś wspólnego z biznesem?

Raczej nie, bo w Ulyssesie nie chodzi o pogłębienie wiedzy merytorycznej. Chodzi o to, żeby dać uczestnikom możliwość sprawdzenia się w warunkach, które skrajnie odbiegają od tych, w jakich na co dzień pracujemy. Osoba biorąca udział w programie znajduje się przecież w odległym geograficznie i obcym kulturowo kraju, bez dostępu do rozwiązań technologicznych, telefonu, internetu, nierzadko prądu, a także bez wsparcia setek ludzi, z których pomocy zwykle korzystamy. Ulysses daje szansę prowadzenia projektu w wielokulturowym środowisku, gdzie na każdym kroku niezbędne okazują się takie cechy, jak: umiejętność pracy w zespole, otwartość na zmiany i ich aktywne wprowadzanie, innowacyjne podejście do rozwiązywania problemów czy wreszcie zdolność do podejmowania różnego rodzaju wyzwań, wiążących się nierzadko z określonym ryzykiem.

W Timorze była nas tylko trójka, a musieliśmy codziennie zmagać się z problemami, z którymi wcześniej nie mieliśmy styczności.

Reklama
Reklama

Na czym polegała ta praca?

Japoński rząd przeznaczył 3 miliony USD na pomoc dla Timorczyków. Timor to stosunkowo biedny kraj, który przez kilkaset lat funkcjonował jako kolonia. My w ramach programu Respect mieliśmy sprawdzić, jak na półmetku tego projektu przebiega dystrybucja pieniędzy. Pośrednio mieliśmy wpłynąć na mentalność Timorczyków - nauczyć ich, na czym polega praca. Ta pomoc nie miała polegać na rozdaniu pieniędzy biednym, tylko na wypłacie wynagrodzenia za wykonaną pracę. W praktyce dzięki naszej działalności usprawniono procedury wypłacania pieniędzy i mieszkańcy Timoru otrzymali kwoty, które im się należały, a których z różnych względów wcześniej nie mogli dostać.

Czy to miało coś wspólnego z Pani pracą w Polsce?

Nie bezpośrednio, tzn. nie wiązało się merytorycznie z moimi działaniami zawodowymi, niemniej jednak na pewno wpłynęło na mój styl pracy.

A więc musiała Pani improwizować?

Bardzo często. Tu w pracy nie mam ku temu okazji, natomiast tamtejsze realia zmuszały do improwizowania, jeśli chciało się rzeczywiście zrealizować założenia projektu.

Reklama
Reklama

To była praca? Przygoda? A może szkoła przetrwania?

Praca, przygoda i szkoła przetrwania w jednym. Przecież warunki, w jakich przyszło nam funkcjonować, były zupełnie inne od tego, co znaliśmy wcześniej.

A co to Pani dało?

Nauczyłam się cierpliwości i wrażliwości, funkcjonowania w całkowicie innym środowisku. I tego, jak ważna jest komunikacja. W Timorze przychodziło nam rozmawiać z ludźmi, których języka nie znali nawet przydzieleni nam tłumacze. Dowiedziałam się, jak ważna jest mowa ciała, bo to w ten sposób czasem dowiadywaliśmy się, o co chodzi. Dziś, kiedy tylko mogę, staram się ograniczyć korespondencję poprzez pocztę elektroniczną. Najważniejszy jest kontakt osobisty, choćby telefoniczny.

Dowiedziałam się też, jak ważny jest kompromis. Przecież jeden projekt nie może mieć aż trzech liderów, z których każdy realizowałby swoją własną wizję, nie licząc się ze zdaniem otoczenia.

Czy uczestnicy programu są w jakiś sposób oceniani?

Reklama
Reklama

Tak, w trakcie i w kilka miesięcy po programie. Nie chodzi tu jednak o wystawienie ocen, tylko o stymulowanie zdolności do radzenia sobie z nowymi okolicznościami. I w większości przypadków okazuje się, że efekty są podobne: program budzi w nas większą wrażliwość, cierpliwość, umiejętność kompromisu, dobrego układania sobie relacji z innymi ludźmi.

Muszę przyznać, że do dziś bardzo często wracam myślami do Timoru. Ten program uzmysłowił mi, jak ważna jest pomoc dla ludzi. W tym kontekście chcemy jeszcze bardziej zaangażować się w naszej firmie w rozmaite programy, w ramach których wspieramy potrzebujące dzieci i młodzież.

Czy tylko Wasza firma ma taki program?

Ulysses jest naszym wewnętrznym projektem, skierowanym tylko do naszych pracowników. Ale bardzo interesują się nim inne duże korporacje, np. Johnson & Johnson czy Cisco Systems.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama