Notowania ropy naftowej wahały się w ostatnich dniach wraz ze zmiennymi ocenami podaży paliw płynnych, zwłaszcza w USA. W piątek cena gatunku Brent przekroczyła w Londynie 54 USD za baryłkę, gdyż wśród uczestników rynku przeważyły obawy, że amerykańskie rafinerie nie zdołają zaspokoić popytu na benzynę w szczycie letniego sezonu motoryzacyjnego. Przestrzegano przy tym przed skutkami ewentualnych awarii, które mogłyby ograniczyć produkcję.
Niepokój ustąpił jednak bardziej optymistycznej ocenie sytuacji i od poniedziałku notowania zaczęły spadać. Zwrócono uwagę na coraz większe ilości ropy dostarczane przez OPEC i rosnące od kilkunastu tygodni rezerwy tego surowca w USA. Wskazano też na wykorzystanie w ponad 96% mocy produkcyjnych tamtejszych rafinerii, co skutkuje zwiększeniem zapasów benzyny. W tej sytuacji za przesadzone uznano pesymistyczne przewidywania, że podaż tego paliwa może okazać się zbyt mała. Przeciwko zwyżce cen ropy przemawiał też wolniejszy wzrost popytu na produkty naftowe w Europie i Japonii, gdzie aktywność gospodarcza jest słabsza niż w USA.
W środę zniżka notowań została jednak odwrócona. Departament Energetyki USA poinformował bowiem, że zapasy ropy zmalały w zeszłym tygodniu niespodziewanie aż o 3,1 mln do 330,8 mln baryłek.
W Londynie gatunek Brent z dostawą w lipcu kosztował wczoraj po południu 53,78 USD za baryłkę w porównaniu z 53,13 USD w końcu sesji wtorkowej i 53,27 USD w poprzednią środę.