jest ani inflacja, ani stan gospodarki. Idealna kombinacja dla byków. Ale
czy prawdziwa ?
Jeśli tak, to znaczy, że "rynek się myli". Chodzi o rynek długu, gdzie
rentowność długoterminowych obligacji leci na łeb na szyję i zaraz krótkie
stopy znajdą się powyżej długich, co zawsze było zwiastunem o ile nie
recesji, to przynajmniej wyraźnego spowolnienia. Zjawisko to oczywiście nie
jest dla rynków zagadką od tego tygodnia, ale im więcej Fed wysyła sygnałów,
że polityka podwyżek stóp będzie kontynuowana i im wyżej te stopy podnosi,
tym rentowność obligacji .... spada coraz niżej. W tym tygodniu po raz
kolejny, a tą pomyłkę/zagadkę rynku Greenspan tłumaczy mniej więcej tak (by
było dokładnie, musiałbym przytoczyć po angielsku) - "... ciężko powiedzieć,
dlaczego długie stopy są tak niskie, ale nawet zejście pod krótkie stopy nie
musi oznaczać słabnącej gospodarki ..... za tym nietypowo niskim poziomem
długich stóp na całym świecie stoją nowe siły na rynkach". Gdyby nie
niepodważalny autorytet Greenspana to za taką wypowiedź możnaby uznać kogoś,
bez urazy, za lekko obłąkanego, bo jakże to wszystko podobne do tłumaczenia
rynkowych porażek manipulowaniem rynkiem przez mitycznych "ONYCH". Ale jak
wspomniałem, Greenspan nie jest jedynym, który nie może zrozumieć, dlaczego
podnosząc stopy o 2% w ciągu roku, oglądamy niższe rentowności obligacji.
Natomiast chyba jako jedyny twierdzi, że "nie możnatakie anomalie - MP) nie zostanie
teraz w pełni zrozumiane, chyba że jako .... retrospekcja. Czyli trochę
nieświadomi otaczającej nas rzeczywistości czekamy co z tego wyniknie.
Choć temat jest trochę zagmatwany, to trzeba sobie zdawać sprawę z wagi jaką
stanowi nie tylko dla amerykańskich rynków akcji, ale od tego dość mocno
zależny jest także los rynków wschodzących, w tym oczywiście GPW. Tak niska
rentowność obligacji niejako automatem wymusza inwestycje funduszy na
amerykańskim rynku akcji, podnosząc we wszystkich modelach wyceny wartość
akcji. Amerykańskie główne indeksy z pewnością byłyby znacznie niżej, gdyby
na obligacjach dałoby się zarobić te brakujące 2% więcej (choćby tylko przez
fakt zwrotu na przegrzanym rynku nieruchomości, gdzie balon cały czas jest
dmuchany rekordowo niskim oprocentowaniem kredytów hipotecznych, co
oczywiście bezpośrednio wynika z niskich rynkowych stóp procentowych). Tak
niskie rentowności papierów w USA powodują też, że fundusze dużo chętniej
ryzykują szukając zarobku na innych, zdecydowanie bardziej rentownych
rynkach (choć to oczywiście tylko założenie), w tym właśnie na rynkach
wschodzących. W ostatnich tygodniach to właśnie np. na BUX i na GPW trwały
dalsze wzrosty indeksów (podczas gdy USA utknęły w konsolidacji) i
dynamiczna hossa na rynku długu. Waluty regionu także na przełomie maja i
czerwca wyraźnie odwróciły kierunek zaczynając się umacniać, mimo silnego
umocnienia eurodolara, co rynkom wschodzącym nie służyło wcześniej. Jeśli do
tego dodamy fakt, że uwagę zagranicy na GPW dodatkowo przyciągał debiut
Lotosu, to nie można mówić, że wzrosty były przypadkowe.
Nieskromnie przypomnę, że obaj z Kamilem w poprzednich Weekendowych
pisaliśmy o możliwości "podniesienia cen do okolic 2000 pkt". Przyznam
jednak szczerze, że nie liczyłem przy tym na tak sprzyjające otoczenie jakim
jest wymieniony wyżej rynek długu, waluta, zachowanie indeksów regionu, czy
choćby trzymanie się przy szczytach na zachodnich parkietach. Nie trzeba
sięgać daleko pamięcią, wystarczy luty tego roku, by przypomnieć sobie, że
mieszanka takich pozytywnych czynników często pozwala chwilowo wynieść rynek
siłą rozpędu nawet do mocno nieracjonalnych na daną chwilę poziomów. Nawet
choćby inwestorzy byli świadomi kruchych fundamentów tego wzrostu. W mojej
ocenie taką racjonalną barierą są teraz właśnie okolice 2000 pkt., ale
powoli skłaniam się ku temu, że możemy mieć jednak przedłużenie tej fali
wzrostowej. Nie ukrywam, że pomocny w dopuszczaniu do myśli dalszych
wzrostów jest pesymizm jaki zapanował na GPW. Przez cały tydzień "widmo
krachu" aż biło po oczach patrząc na kontrakty, które na tydzień !!! przed
wygaśnięciem utrzymywały bazę dochodzącą do 30 pkt. (zamknięcie w
piątek -19,72 pkt). Ale to jeszcze bym zrozumiał. Drobni inwestorzy nie
lubią trendów i im dłużej one trwają (czytaj - stają się silniejsze), tym
bardziej poddają w wątpliwość ich siłę, szukając punktów zwrotnych. Tyle
tylko, że analitycy i zarządzający w Wigometrze też pokazali analogiczny
obraz nastrojów. Nie przytaczam często tego wskaźnika, bo uważam go za mało
wiarygodny i mało skuteczny (ze względu na prognozowanie tylko na tydzień, a
przy tym na konkretny dzień), ale tak skrajne wartości jakie widzieliśmy w
piątek dają już do myślenia. Aż 55% uczestników ankiety oczekuje spadku
WIG20 w nadchodzącym tygodniu, a jedynie 10% oczekuje wzrostu. Ale uwaga !!!
Kreślenie szczytu przy takich nastrojach wcale nie jest niemożliwe i
prognozowanie wzrostu tylko! na tej podstawie byłoby mocną ignorancją.
Proszę głośno karcić wszystkich analityków uzasadniających tylko tym
prognozę wzrostów. Przykładowo 11 marca tego roku pesymistów było 68% zupełnie odwrotnie, bo tym razem
w połowie mocnej wielomiesięcznej hossy. Jakie wyciągnąć więc z tego wnioski
? Tak jak mówiłem - absolutnie nie takie, że taki (-45 pkt trzeci
historyczny wynik) Wigometr to pewny wzrost. Taki Wigometr tylko potwierdza,
że skoro drobni inwestorzy są pesymistami (patrz baza na kontraktach), nasze
OFE i TFI kupują trochę na siłę (pesymizm wyrażany w Wigometrze), to główną
siłą napędową ostatnich wzrostów są inwestorzy zagraniczni. Osobną kwestią,
już opisywaną, jest odpowiedź czy przyciągnęła ich oferta Lotosu,
umacniający się ostatnio złoty, czy rynek obligacji, czy sytuacja na
zachodnich parkietach ... czy najpewniej - wszystkie te czynniki razem.
Trzeba być więc świadomym charakteru tego wzrostu. Dopóki złoty nie zmieni
kierunku, rentowność amerykańskich obligacji nie skoczy gwałtownie do góry,
lub np. politycy w Polsce nie zaczną robić kolejnej szopki strasząc
inwestorów, dopóty nawet opór przy 2000 pkt. nie musi wcale zatrzymać rynku
przed dalszym wzrostem. Należy w takim układzie, tak samo jak w lutym tego
roku, zakładać dalszy wzrost i wypatrywać sygnałów, które mogą wystraszyć
zagranicę. Proszę przy tym nie oczekiwać ode mnie, że powiem iż dalsze
wzrosty byłyby uzasadnione w fundamentach spółek. Mam zupełnie odmienne
zdanie. Natomiast jeśli patrzy się na rekordowe wartości aktywów TFI (ponad
42,5 mld) i systematycznie rosnącą wartość depozytów (nie udziału w
aktywach - to niewiele się zmienia) w rękach OFE, to sam ten fakt może
zachęcać zagranicę do zrobienie kolejnej hossy na naszym rynku i oddania
papierów rodzimym instytucjom, których przyrost aktywów "zmusza" do kupna
akcji. Z mniej poważnych argumentów zagraniczny kapitał uspokoić też mógł
opublikowany w The Economist ostatni Big Mac Index, który obliczany jest od
1986 roku, a który w dość trywialny sposób, poprzez porównanie cen
hamburgerów na świecie, pokazuje przewartościowanie lub niedowartościowanie
lokalnych walut względem dolara. Część ekonomistów podchodzi do tego z
rozbawieniem, a część naprawdę traktuje to poważnie. Bez tego indeksu
wiadomo jednak, że najtaniej jest teraz kupować Big Maca w Chinach (1,27$),
gdzie juan według indeksu jest niedowartościowany aż 59% a sprzedawać go w
... Szwajcarii (5,05$) gdzie franki są przewartościowane aż o 65%. Mała
wiarygodność takich badań polega na tym, że ponad połowa kosztów hamburgera
to kwestia różnicy w kosztach pracy, podatkach i innych "barierach", a więc
nie można bezkrytycznie porównywać tak walut. Ale ogólny obraz daje to
słuszny i często potwierdza bardziej uczone analizy banków inwestycyjnych.
No i najważniejsze - polski złoty w tym zestawieniu jest dalej
niedowartościowany 36%. Humorystycznie można dodać, że ranking nie
uwzględnia faktu roku wyborczego :)
Co do roku wyborczego, to w końcu ktoś ze znanych publicystów (Paradowska w
ostatniej Polityce) podchwycił możliwą "pułapkę kalendarza" jaka w dużej
mierze może zniweczyć pozytywny efekt nowych rządów PO i PIS oraz negatywnie
odbić się także polskiej walucie. Chodzi o fakt, że 2 tygodnie po wyborach
parlamentarnych mamy wybory prezydenckie, a za kolejne 2 tygodnie zapewne
ich drugą turę. Do tego wszystkiego jest spore prawdopodobieństwo, że w
drugiej turze wyborów prezydenckich spotka się jednak Tusk z Kaczyńskim.
Wiem, sondaże w tej chwili pokazują inaczej. Ale proszę nie wierzyć, że to
Religa, czy Lepper będą w drugiej turze. Oczywiście pozostaje jeszcze
Borowski, ale partyjna sakiewka jest tutaj pusta, a bliskość wyborów do
Sejmu osłabi tego kandydata. Nawet jednak zakładając inny układ w drugiej
turze, to i tak wyniki wyborów parlamentarnych mamy już 26 września i w
momencie gdy PO i PIS pznać
już na wstępie, że podważa ich ewentualny sukces". Co ciekawe, politycy
najwyraźniej dopiero po tym tekście podchwycili taki niekorzystny (z punktu
widzenia PO/PIS) kalendarz, a Rokita taki kalendarz nazwał "ostatnią miną
podłożoną pod prawicowe rządy przez Prezydenta Kwaśniewskiego". Zwracam na
to kolejny raz uwagę już teraz, bo często wszelkie zamieszania i niepewności
polityczne najpierw szkodzą walucie i giełdzie, a potem przychodzi ulga i
odreagowanie, często nawet większe niż wcześniejszy spadek. Teraz jednak
niepewność polityczna może się znacząco wydłużyć i odreagowanie będzie
znacznie utrudnione. Należy zakładać, że zagranica w tym okresie nie będzie
chętna do angażowania kapitałów na naszym rynku. Przynajmniej nowych
kapitałów. Z innych politycznych wydarzeń należy podać, że w ten piątek
odbędzie się głosowanie w Sejmie nad wotum nieufności dla ministra finansów
Mirosława Gronickiego. Po deklaracjach SLD jasne się stało, że to temat
tylko medialny, a rynki będą już to ignorować. Rynki też nie za bardzo będą
się przejmować politycznym kalendarzem mówiącym o szczycie UE w przyszłym
tygodniu. Przywódcy będą się zastanawiać, w jaki sposób kontynuować proces
integracji europejskiej, po tym jak traktat konstytucyjny został odrzucony w
referendach we Francji i Holandii. Tylko zapowiedź jakiś znaczących roszad
przy unijnych funduszach/budżecie mogłaby mieć jakiś istotny wpływ, ale tego
przewidzieć teraz nie sposób. Dla Polski niebezpieczeństwo niekorzystnych
rozwiązań trochę zmalało po piątkowej wspólnej deklaracji Grupy
Wyszehradzkiej.
Podsumowując, nie pozostaje mi napisać nic innego, jak tylko powtórzyć, że
możemy mieć obecnie do czynienia z sytuacja podobną do lutego, gdy
sprzyjające warunki dla zagranicznego kapitału doprowadziły indeksy znacznie
powyżej rozsądnych oczekiwań, a rynek odchorował to dopiero w kolejnych
dwóch miesiącach. Wydaje się, że choćby tylko tak silny pesymizm nie służy
odwróceniu trendu wzrostowego trwającego już prawie miesiąc. Zresztą trzeba
też pamiętać, że rynek wspierać zaczną zaraz nie tylko zagraniczni
inwestorzy, ale też krajowe instytucje, które będą chciały podciągnąć wyceny
jednostek na koniec czerwca/kwartału/półrocza. Może zagranica gra właśnie
pod to window dressing, żeby wtedy oddać akcje rodzimym instytucjom ? Z
danych makro rynek ustawiać w tym tygodniu będą publikacje m.in. CPI/PPI w
USA, oraz nasze rodzime dane o inflacji we wtorek i piątkowe dane o
produkcji. O tym szerzej już w porannych. Na dłuższą metę warto jednak od
razu zwrócić uwagę, że publikacje w tym tygodniu powinny rynkom wyraźniej
zasugerować, co Rada zrobi na posiedzeniu pod koniec czerwca. Na razie
dominuje pogląd obniżki 25 pb. po fatalnych danych o tempie wzrostu
gospodarczego w pierwszym kwartale.
[email protected]