Wrócili spekulanci. Źli i brzydcy. Kiedyś odpowiadali za brak mięsa i cementu, teraz wzięli się za akcje. Stoją pod firmami, nagabują biednych ludzi i podstępem wycyganiają od nich za grosze akcje warte fortunę. I robią to w sposób tak obrzydliwy, że biedni ludzie muszą płacić podatek.
Tak mniej więcej wygląda sytuacja pracowników firm farmaceutycznych, którą opisał mój redakcyjny kolega. Jak czytałem o niecnych postępkach spekulantów, aż miałem ochotę zakrzyknąć: "Policja!!" i patrzeć potem, jak wyprowadzają tychże panów w kajdankach.
Sęk w tym, że policja zrobić tego nie może, bo ci panowie postępują zgodnie z prawem. Tak się śmiesznie składa, że prawo nie zabrania nikomu nagabywać ludzi o akcje firm, w których pracują, odkupywać ich na podstawie umów cywilnych i na dodatek po takich cenach i według takich zasad, jakie się obu stronom zamarzą A że często sprzedający tracą? A jak mają nie tracić, skoro nie mają możliwości dowiedzieć się o cenach, jakie zapłacili inni, ani o ofertach, jakie inni panowie są gotowi złożyć.
Zawsze mnie fascynowało i nadal fascynuje fakt, że mając 10 akcji o wartości 1 zł nie mogę ich sprzedać ogłaszając się w gazecie. Mógłbym tak zrobić nawet z najdroższym domem, z luksusowym samochodem czy obrazem van Gogha, gdybym go miał. Ale akcji sprzedawać mi nie wolno.
Mimo dobrych chęci, jakoś nie znajduję wyjaśnienia tego faktu. Bo o co właściwie chodzi? O to, że dzięki ogłoszeniom ktoś mógłby przejąć wielką firmę? Przecież właśnie cały problem spekulantów bierze się stąd, że teraz też to można zrobić, i to po cichu. Gdyby jednak można było dać do gazety ogłoszenie: "Dostałem ofertę zakupu akcji firmy X po 12 zł za sztukę. Kto da więcej?", ktoś na proceder skupowania walorów zwróciłby uwagę. I być może dałoby się uzyskać wyższą cenę.