Zapewne już niedługo będziemy w stanie zweryfikować hipotezę, że za zwyżką na giełdach europejskich stoi przede wszystkim słabe euro i związane z tym oczekiwanie na wysokie zyski spółek nastawionych na eksport poza unię walutową. Wobec utrzymującej się stagnacji w największych europejskich gospodarkach, trudno znaleźć inne fundametalne wytłumaczenie dlaczego niemiecki DAX czy francuski CAC-40 wciąż biją rekordy hossy.
Wracając do początkowego wątku - wczoraj euro zbliżyło się do 1,2 USD i był to najniższy poziom od dziewięciu miesięcy. Jeśli założymy, że podstawą do zmiany trendu na rynku walutowy była formacja podwójnego szczytu, to właśnie wyczerpuje się wynikający z niej potencjał spadkowy. Wprawdzie nie jest to sygnał, że kończy się trend, ale po wypełnieniu formacji można oczekiwać przynajmniej korekty. Dodatkowo poziom 1,18 USD odgrywał w poprzednich latach ważną rolę, co jest kolejną przesłanką, wskazującą na możliwe odreagowanie.
Warto zwrócić uwagę na istotny wzrost ceny ropy naftowej, wyrażonej w euro. Na początku roku za baryłkę gatunku Brent trzeba było zapłacić na giełdzie w Londynie 41 USD, tj. 30 euro. Cena ropy wyrażona w dolarach podskoczyła od tamtej pory o 30%, we wspólnej walucie aż 50%. To zwiększa koszty europejskich przedsiębiorstw, zmusza także gospodarstwa domowe do wydawania większej części dochodów na paliwo niż kilka miesięcy wcześniej.
O sytuacji technicznej indeksów europejskich można napisać, że jest bez zastrzeżeń, z wyjątkiem silnego oczywiście wykupienia rynku. Inaczej jest po drugiej stronie Atlantyku - tutaj S&P 500 wyraźniej osłabł i jest coraz bliżej przełamania wsparcia na 1195 pkt. W takim wypadku zniżka do minimum z 20 kwietnia (1137,5 pkt) będzie dość prawdopodobna. Technologiczny Nasdaq już coraz wyraźniej przybiera kierunek południowy. Wprawdzie indeks Nasdaq Composite wciąż jeszcze nie rezygnuje z prób pokonania 2100 pkt, ale Nasdaq 100 znajduje się już w krótkoterminowym trendzie spadkowym.