Był jasny, zimny dzień kwietniowy i zegary biły trzynastą. - Za tydzień o tej porze będę już w drodze do Hiszpanii - pomyślał Kowalski. W tym roku perspektywa urlopowego wyjazdu nie wywoływała jednak uśmiechu na jego twarzy. Postawił kołnierz płaszcza, wyszedł na ulicę i szybkim krokiem ruszył w kierunku banku.
Po drodze minął kilka plakatów informujących o zbliżających się obchodach kolejnej rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej. W tym roku uroczystości będą więcej niż skromne. Od czasu, gdy pierwsze państwa zaczęły wychodzić ze Wspólnoty, w Polsce rocznica akcesji nie jest już obchodzona tak hucznie, jak kiedyś. Ze znacznie większym rozmachem zorganizowana będzie z pewnością tegoroczna Parada Równości, nad którą honorowy patronat objął prezydent Warszawy.
Kowalski nie zwracał jednak uwagi ani na rocznicowe, unijne plakaty, ani na wielkie billboardy, zapraszające do udziału w paradzie. Myślał już tylko o urlopie, a dokładniej o niedogodnościach związanych z wyjazdem do Hiszpanii.
- Dlaczego dałem się namówić na jazdę samochodem? - Kowalski zadał sobie w duchu to retoryczne pytanie już po raz 146. Jego żony nie przekonywał argument, że taki wyjazd będzie znacznie droższy niż podróż samolotem. Ważniejsze było to, że po drodze chciała zobaczyć południowe wybrzeże Francji.
Irytację Kowalskiego wzmógł dodatkowo fakt, że przed bankowym okienkiem z napisem "wymiana walut" stała długa kolejka. Stojąc w niej Kowalski obliczył, że tylko z powodu różnic kursowych na tegoroczny urlop będzie musiał wydać dodatkowo prawie 500 euro.