na starcie stawiało sprawę jako przegraną. Blair, oświadczył, że nie może
być żadnej dyskusji na temat rabatu, czyli zwrotu części składki płaconej
przez Brytyjczyków do unijnej kasy, jeśli nie dojdzie do negocjacji na temat
całego systemu finansowania Unii. Bronił przywileju, wywalczonego przez
premier Margaret Thatcher w 1984 roku, by zrekompensować Brytyjczykom
stosunkowo niewielkie wpływy ze wspólnych funduszy rolnych, których Francja
jest największym beneficjentem. Taka postawa szefa brytyjskiego rządu była
na rękę Francji, która nawet zdaniem własnej prasy z przegranego referendum
w sprawie konstytucji UE "wyszła osłabiona i robiła teraz wszystko, by nie
zostać jedyną czarną owcą Unii Europejskiej, ponoszącą odpowiedzialność za
fiasko konstytucji i kryzys wspólnoty" - pisał dziennik "Le Figaro".
Sytuację próbował ratować przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel
Barroso, który jeszcze przed szczytem proponował, żeby uzgodniony został
plan budżetowy UE na lata 2007-2013 z zastrzeżeniem, że w 2008 roku można by
go zrewidować. Wyjaśnił, że "siedmioletni plan budżetowy obejmuje bardzo
długi okres i nie sposób dziś przesądzić, czy Unia nie będzie potrzebowała
więcej pieniędzy, aby sprostać nowym wyzwaniom."
Dzień przed szczytem Luksemburg przedstawił kolejną propozycję kompromisu,
której elementami było m.in. zamrożenie rabaszerzenia UE w 2004 r., tj. 4,6 mld
euro. W dokumencie nie było mowy o stopniowej redukcji rabatu, co
proponowano wcześniej. Według propozycji, wszelkie zmiany w brytyjskim
rabacie po 2013 roku powinny być powiązane z reformą unijnych wydatków na
rolnictwo, których obniżenia domaga się Londyn. Komisja Europejska miałaby
zaproponować w 2011 roku reformę finansowania Unii przez państwa
członkowskie.
Warto pamiętać o jednym. Z naszego punktu widzenia najważniejsze było
dogadanie się w czasie szczytu. Brak kompromisu stawiał nas w trudniejszej
sytuacji, gdyż opierałby nasze dochody na rokroczne ustalanych budżetach na
podstawie tego, co już dawno uzgodniono na rok 2006. "Jeżeli będzie się
brało pod uwagę poziom z 2006 roku, to Polska w najlepszym przypadku miałaby
dwa razy mniej środków niż po przyjęciu perspektywy (planu) budżetowej" -
powiedziała nasz komisarz R. Heubner. Utrzymanie struktury budżetu z 2006
roku "faworyzowałoby stare państwa Unii, które teraz mają duży udział w
budżecie, a nie byłoby korzystne dla nowych państw, w tym Polski, które
teraz dochodzą dopiero do pełnych korzyści" - podkreśliła.
Wiele godzin negocjacji niestety nie doprowadziło do kompromisu. Spór o
brytyjski rabat i o dotacje dla rolników, a także żądania Holendrów
uniemożliwiły osiągnięcia porozumienia i przyjęcia planu budżetowego dla
Unii na lata 2007-2013. Oficjalnie nikt nie powiedział na głos, kto jest
temu winy, ale z poszczególnych wypowiedzi wiadomo, że za klęskę winą
obarcza się Brytyjczyków. Po 14 godzinach targów premier Wielkiej Brytanii
Tony Blair ostatecznie odrzucił ostatni luksemburski projekt porozumienia
przewidujący zamrożenie upustu brytyjskiej składki na poziomie 5,5 mld euro
rocznie do 2013 roku. "Według ekspertów, bez takiej decyzji Brytyjczycy
mogliby odzyskiwać rokrocznie coraz więcej aż do ponad 8 mld w 2013 roku."
(PAP) Blair powtarzał swoją śpiewkę i zapewniał, że jest skłonny pójść na
ustępstwa, ale pod warunkiem, że "partnerzy zobowiążą się w bliskiej
przyszłości do reformy wspólnej polityki rolnej prowadzącej do redukcji
unijnych wydatków na rolnictwo." Reformy polityki rolnej przed 2014 rokiem
nie akceptował za to prezydent Francji Jacques Chirac, który wcześniej
wywalczył zamrożenie wydatków rolnych do 2013 roku. Ostatecznie zgodził się,
by z ustalonej w 2002 roku puli wydatków rolnych finansować od 2007 roku
także dotacje dla rolnictwa Bułgarii i Rumunii. Nic to jednak nie pomogło.
"Europa nie znajduje się w kryzysie. Europa znajduje się dziś w głębokim
kryzysie" - powiedział Juncker na końcowej konferencji prasowej. W
superlatywach wypowiadał się za to o postawie przedstawicieli nowych
członków unii. Zaoferowali oni ograniczenie swoich dochodów z budżetu UE.
Podobnego zdania był przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso. Jego
zdaniem, "Unia będzie mogła wyjść z kryzysu, w którym się znalazła, dzięki
entuzjazmowi nowych krajów członkowskich". Ten "entuzjazm" nie jest
oczywiście bezinteresowny. Zdaniem Barroso w najbliższych miesiącach uda się
osiągnąć porozumienia budżetowego, co dla nas jest złą wiadomością. Trudno
oczekiwać by miało ono miejsce, gdy szefostwo unii przejmuje Wielka
Brytania.
W tym tygodniu poznaliśmy też założenia do budżetu na 2006 rok przygotowane
przez Ministerstwo Finansów. Najważniejsze wartości dotyczące deficytu
budżetowego mamy podane w przedziałach, co utrudnia ustosunkowanie się do
nich. Według resortu finansów, wzrost gospodarczy w przyszłym roku będzie na
poziomie 4 proc., a inflacja średnioroczna wyniesie 1,5 proc. Szef
ministerstwa zastrzega: "To, co przedstawiamy w założeniach na 2006 rok,becnie resort ocenia, że PKB osiągnie w tym roku 3,7 proc.,
a inflacja będzie na poziomie 2,1 proc. Gronicki zaznaczył, że mimo
niższego, niż zakładano, wzrostu gospodarczego i inflacji, "budżet ma się
dobrze". Oczekiwane dochody budżetu mogą być wyższe o mniej więcej 1,5 mld
zł, co może oznaczać, że deficyt budżetowy może być niższy o mniej więcej 2
mld zł. Deficyt na 2006 r. został określony w przedziale 28-34 mld zł, tj.
2,8-3,4 proc. PKB. "Gronicki zapowiedział także, że w przyszłym roku zostaną
wypłacone wyższe emerytury i renty z tytułu waloryzacji, co będzie
kosztowało budżet 6 mld zł. Według resortu finansów, w 2006 roku nastąpi
wzrost zatrudnienia w całej gospodarce narodowej. Na koniec przyszłego roku
liczba bezrobotnych może zmniejszyć się o mniej więcej 2,7 mln osób i stopa
bezrobocia wyniesie 17 proc. Ministerstwo Finansów oczekuje, że
średnioroczny kurs złotego do euro w tym roku wyniesie 4,15 zł, zaś do
dolara 3,2 zł. W 2006 roku nastąpi nieznaczne umocnienie złotego połączone z
umocnieniem dolara wobec euro, a kursy złotego do tych walut ukształtują się
odpowiednio na poziomie 4,07 zł i 3,16 zł. " (PAP)
Mamy też za sobą kolejne rozczarowanie osiągnięciami naszej gospodarki.
Poznaliśmy dynamikę produkcji przemysłowej. Oczekiwano wzrostu, a miał być
on wynikiem zmniejszenia się efektu bazy. Analitycy powszechnie oczekiwali
wzrostu produkcji, a ich prognozy wahały się od 1,5 proc. do 6,0 proc. w
przy średniej na poziomie 2,8 proc. Warto przypomnieć, że w kwietniu
produkcja przemysłowa spadła o 0,3 proc. w ujęciu miesięcznym i spadła o 1,0
proc. w porównaniu do kwietnia 2004 r. Na większy wzrost produkcji w maju
jednak nie można było liczyć z powodu mniej korzystnego układu dwóch długich
weekendów w tym roku. W ubiegłym roku był tylko jeden. GUS podał, że
faktycznie w maju w ujęciu rocznym produkcja przemysłowa wzrosła jedynie o
0,9 proc. To spore rozczarowanie. Mamy zatem kolejny sygnał spowolnienia.
Tym samym jest to kolejny sygnał możliwego złagodzenia polityki pieniężnej.
Zresztą jeszcze przed tą publikacją cięcie o 25 pkt bazowych było bardzo
prawdopodobne.
"Mamy też nikłą dynamikę inwestycji i popyt krajowy realnie będzie rósł w
bardzo niewielkim stopniu, lub będzie stagnacja" - zawyrokował członek RPP
Mirosław Pietrewicz. "Przy nikłej dynamice spożycia wewnętrznego,
niewielkiej dynamice nominalnej, a realnym spadku wynagrodzeń, nie widać
czynnika, który mógłby pozytywnie zdynamizować inwestycje". "Dynamika
inwestycji może być wyraźnie niższa niż spodziewana, czyli znacznie poniżej
10%, co może oznaczać, że inwestycje nie zastąpią eksportu w ciągnięciu
wzrostu gospodarki". Jego zdaniem redukcje stóp procentowych w 2005 roku nie
powinny przekroczyć łącznie 1,5 pkt proc., czyli jest jeszcze przestrzeń do
obniżki o 0,5 pkt. Pozostaje kwestia "kiedy". Jeszcze przed poznaniem danych
o dynamice produkcji był on zdania, że przed dalszymi cięciami lepiej byłoby
zmienić nastawienie w polityce pieniężnej ze względu na komunikację z
rynkami. Ta troska o komunikację zniknęła w piątek. "Rada Polityki
Pieniężnej nie powinna dłużej zwlekać z obniżką stóp procentowych, tym
bardziej, że dane o produkcji odzwierciedlają słabnącą dynamikę wzrostu".
Rozpatrując te wypowiedzi trzeba oczywiście pamiętać, że mamy tu do
czynienia z gołąbkiem. Patrząc jednak w miarę trzeźwo, po takich danych
raczej nie można liczyć jedynie na zmianę nastawienia. Tym samym ponownie
aspekt komunikacji rady z rynkiem pójdzie na drugi plan. Na szczęście rynek
już do tego przywykł i na dobre relacje raczej nie liczy.
Do omówienia pozostało jeszcze kilka ciekawych tematów, jak choćby
ostrzeżen