Koniec ubiegłego tygodnia i początek bieżącego przyniosły wzrost notowań na rynku naftowym do rekordowego poziomu ponad 59 USD za baryłkę w Nowym Jorku i przeszło 58 USD w Londynie.

Istotą problemu jest coraz większe zapotrzebowanie na paliwa płynne, zwłaszcza w USA. Według OPEC, światowy popyt na ropę może osiągnąć w czwartym kwartale średnio 85,91 mln baryłek dziennie, a zdaniem Międzynarodowej Agencji Energetycznej - nawet 86,4 mln baryłek. Tymczasem dostawy tego surowca wynosiły w pierwszym kwartale przeciętnie 83,8 mln baryłek dziennie.

Kraje OPEC są w stanie zwiększyć wydobycie, ale dostępne rezerwy to przede wszystkim gatunki o dużej zawartości siarki, z których nie można produkować benzyny ani oleju opałowego. Amerykańskie rafinerie nie dysponują bowiem wolnymi mocami, aby odsiarczyć większe ilości ropy.

We wtorek notowania spadły, by w środę ustabilizować się na poziomie o niespełna 1 USD niższym od rekordów. Do uspokojenia nastrojów na rynku przyczyniło się zażegnanie niebezpieczeństwa strajku w części norweskiego przemysłu naftowego, który groził zmniejszeniem wydobycia o 2,8 mln baryłek dziennie. Wyraźniejszą zniżkę notowań uniemożliwiły jednak dane, które wykazały spadek w zeszłym tygodniu amerykańskich rezerw ropy.

W Londynie gatunek Brent z dostawą w sierpniu kosztował wczoraj po południu 57,62 USD za baryłkę w porównaniu z 57,50 USD w końcu sesji wtorkowej oraz 54,50 USD w poprzednią środę.