Od 1 stycznia ubiegłego roku obowiązuje podatek od zysków z giełdy. Wprowadzenie daniny wzbudziło wiele emocji. Na rynku pojawiły się głosy, że obłożenie dochodów 19-proc. podatkiem spowoduje ucieczkę drobnych inwestorów z giełdy i co za tym idzie - spadek obrotów. Minął jednak 2004 rok i okazało się, że obawy się nie potwierdziły. Zapewne dlatego, że podatek pojawił się w okresie dobrej giełdowej koniunktury.
Pomogła hossa
Pozytywne czynniki wzięły górę i w efekcie obroty wzrosły, nawet znacznie (patrz wykres). Zwiększył się w nich także udział inwestorów indywidualnych.
Nie bez znaczenia było w tym kontekście niewidziane od lat ożywienie na rynku pierwotnym, w tym - po kilku latach przerwy - nowe prywatyzacje. Największe wydarzenie ubiegłego roku, to oczywiście, sprzedaż akcji PKO BP. To właśnie dzięki tej spółce giełda odnotowała kolejne rekordy, jeśli chodzi o wielkość obrotów. Już podczas debiutu banku na otwarciu sesji właściciela zmieniły akcje o wartości... 680 mln zł. Kolejki po lokaty prywatyzacyjne, a także ogromne 90-proc. redukcje zapisów - mimo że inwestorzy indywidualni mogli kupić walory za ponad 3 mld zł - świadczą o tym, że giełdą zainteresowało się wiele nowych osób. I one także przysłużyły się wzrostowi obrotów. Liczba rachunków inwestycyjnych po prywatyzacji PKO BP zwiększyła się o blisko 80 tys., czyli 10%.
W tak dobrej sytuacji inwestorzy cieszyli się przede wszystkim zyskami, mniej zaś martwili tym, że ich część muszą oddać fiskusowi. Dzięki znakomitej koniunkturze budżet zasiliło grubo ponad 300 mln zł z podatku giełdowego, policzonego od dochodów osiągniętych w 2004 r.