Reklama

Podatkowy ból głowy

W tym roku inwestorzy po raz pierwszy rozliczali się z podatku giełdowego. Fiskus niejednego z nich przyprawił o ból głowy. Na szczęście nie odbiło się to na wielkości giełdowego handlu.

Publikacja: 25.06.2005 12:12

Od 1 stycznia ubiegłego roku obowiązuje podatek od zysków z giełdy. Wprowadzenie daniny wzbudziło wiele emocji. Na rynku pojawiły się głosy, że obłożenie dochodów 19-proc. podatkiem spowoduje ucieczkę drobnych inwestorów z giełdy i co za tym idzie - spadek obrotów. Minął jednak 2004 rok i okazało się, że obawy się nie potwierdziły. Zapewne dlatego, że podatek pojawił się w okresie dobrej giełdowej koniunktury.

Pomogła hossa

Pozytywne czynniki wzięły górę i w efekcie obroty wzrosły, nawet znacznie (patrz wykres). Zwiększył się w nich także udział inwestorów indywidualnych.

Nie bez znaczenia było w tym kontekście niewidziane od lat ożywienie na rynku pierwotnym, w tym - po kilku latach przerwy - nowe prywatyzacje. Największe wydarzenie ubiegłego roku, to oczywiście, sprzedaż akcji PKO BP. To właśnie dzięki tej spółce giełda odnotowała kolejne rekordy, jeśli chodzi o wielkość obrotów. Już podczas debiutu banku na otwarciu sesji właściciela zmieniły akcje o wartości... 680 mln zł. Kolejki po lokaty prywatyzacyjne, a także ogromne 90-proc. redukcje zapisów - mimo że inwestorzy indywidualni mogli kupić walory za ponad 3 mld zł - świadczą o tym, że giełdą zainteresowało się wiele nowych osób. I one także przysłużyły się wzrostowi obrotów. Liczba rachunków inwestycyjnych po prywatyzacji PKO BP zwiększyła się o blisko 80 tys., czyli 10%.

W tak dobrej sytuacji inwestorzy cieszyli się przede wszystkim zyskami, mniej zaś martwili tym, że ich część muszą oddać fiskusowi. Dzięki znakomitej koniunkturze budżet zasiliło grubo ponad 300 mln zł z podatku giełdowego, policzonego od dochodów osiągniętych w 2004 r.

Reklama
Reklama

Oczywiście, lepiej się nie zastanawiać nad tym, co by było, gdyby podatek pojawił się w czasie bessy i posuchy na rynku pierwotnym...

Czy w takim razie dzięki sprzyjającym okolicznościom wprowadzenie podatku okazało się bezbolesne? Inwestorzy nie mogą tak powiedzieć. Problemy pojawiły się wówczas, kiedy przyszło do rozliczeń z fiskusem, a więc na początku tego roku. Wszystko za sprawą niejasności dotyczących PIT-ów.

Potrzebna ostrożność

Nad czym zastanawiali się inwestorzy na początku tego roku? Nad giełdowymi trendami? Koniunkturą w gospodarce? Pewnie też, ale... być może najwięcej emocji wzbudzała część ,,E" i ,,F" PIT-8C - druku, który podatnik otrzymał od biura maklerskiego i na podstawie którego miał rozliczyć się z podatku za 2004 r. W części ,,E" biuro maklerskie informowało o przychodach ze sprzedaży papierów wartościowych, jakie uzyskał podatnik. W ,,F" - o tym, jakie miał przychody ze sprzedaży papierów, które nabył przed 2004 r.

Niebezpieczeństwo polegało na tym, że w obu pozycjach mogły się znaleźć te same przychody. A to oznaczałoby podwójny podatek. Jedne biura maklerskie w części ,,E" wpisywały tylko dane dotyczące transakcji z 2004 r.. Do części ,,F" trafiały zaś informacje o transakcjach dotyczących papierów nabytych do końca 2003 r. I to bez względu na to, czy podlegały podatkowi (np. walory pracownicze), czy też nie - zgodnie z zasadą, że papiery kupione na giełdzie przed 1 stycznia 2004 r. nie są nim objęte.

Inne biura w części ,,F" wpisywały transakcje, co do których miały pewność, że nie podlegają podatkowi. Kolejne zastosowały metodę, którą wskazywało Ministerstwo Finansów: w części ,,E" wpisywały wszystkie transakcje, co do których było wiadomo, że są opodatkowane. Z kolei do części "F"? trafiały te transakcje, co do których biura nie były pewne, czy należy je opodatkować, oraz te, przy których brakuje danych o cenie zakupu.

Reklama
Reklama

Ostrożni inwestorzy musieli bardzo nieufnie podchodzić do danych z biur maklerskich i w miarę możliwości oraz posiadanej wiedzy weryfikować je. Ciężar rozliczeń spadł w dużej mierze na nich.Nieszczęsne koszty

Do tej pory nie został kompleksowo rozwiązany inny kłopot z podatkiem - kalkulacji kosztów uzyskania przychodów. Ustawa nie wyjaśnia, co można do nich zaliczyć. Lukę starał się wypełnić resort finansów. Poinformował, że kosztem są (poza ceną zakupu papierów, oczywiście) wydatki na prowadzenie rachunku, jego założenie i transfer akcji pomiędzy biurami maklerskimi. Do wydatków, które można odliczyć, zaliczono również opłaty i prowizje od kredytów na zakup papierów. Jednak, zdaniem MF, tylko wtedy, gdy za kredyt inwestor kupił akcje. Weźmy pod uwagę sytuację, gdy ktoś pożyczył 90 tys. zł, na rachunku miał 10 tys. zł własnych środków, złożył zapis na walory za 100 tys. zł, ale po redukcji zapisów otrzymał papiery tylko za 10 tys. zł. Nie kupił akcji na kredyt, ale bez niego nie zgromadziłby tylu walorów, ile udało się z "lewarem". Poniósł też koszty z nim związane np. uruchomienia kredytu. Nie może ich jednak uwzględnić - zdaniem MF. Nawet jeśli zysk z inwestycji jest tak minimalny, że po doliczeniu kosztów kredytu zamienia się w stratę, inwestor musi od niego zapłacić podatek.

Ustawowe buble

Nowe przepisy pokrzywdziły część inwestorów w kilku innych przypadkach. Dotyczy to np. tych, którzy kupili papiery na giełdzie przed 2004 r. i zmienili biuro maklerskie, ale nie dysponują informacjami (ani nie ma ich nowy broker) o tym, ile zapłacili za akcje. Jeśli nie są w stanie udokumentować, że walory zostały kupione na giełdzie, to podatek muszą zapłacić od całej kwoty uzyskanej z ich sprzedaży. Pecha mieli również niektórzy inwestorzy, którzy w roku 2004 uczestniczyli w emisji akcji skierowanej do dotychczasowych akcjonariuszy. Rozważmy przypadek Farmacolu. W ramach prawa poboru można było objąć jedną akcję za 1 zł. W efekcie "stare" akcje zostały mocno przecenione. US odczytywał tę sytuację następująco: prawo poboru umożliwiło nabycie jednej akcji za 1 zł. Przy jej sprzedaży za np. 20 zł zysk wynosi 19 zł - i od niego trzeba zapłacić

19-proc. podatek. Na "starych" akcjach inwestor mógł ponieść sporą stratę w związku ze spadkiem kursu. Nie może jej jednak uwzględnić w rozliczeniu podatku. Dlaczego? Bo akcje Farmacolu zapewniające prawo poboru można było kupić tylko w 2003 r. A takich papierów podatek giełdowy nie obejmuje. Na szczęście ta sytuacja nie powtórzy się już w tym roku.

Płatnicy też mieli problemy

Reklama
Reklama

Rozliczenie PIT-ów dało się też we znaki biurom maklerskim. Musiały zainwestować w systemy informatyczne, umożliwiające wygenerowanie adresów urzędów skarbowych właściwych dla inwestorów. Brokerzy musieli też ponieść koszty związane z wysyłką PIT-ów pocztą, dlatego w niektórych przypadkach wzrosły opłaty za prowadzenie rachunku.

Nie wszyscy inwestorzy dostarczyli wszystkie dane potrzebne do wypełnienia PIT-8C. Część inwestorów ,,zapomniała" np. poinformować, jaki ma NIP. W takim wypadku biuro maklerskie wysyłało zeznanie do jednego urzędu skarbowego. Ten natomiast powinien przekazać je do odpowiedniej jednostki. Znany jest przypadek, gdzie jedno biuro maklerskie wysłało całe pudło PIT-ów do jednego urzędu skarbowego. Ten jednak, nie wiedząc co z tym zrobić... odesłał dokumenty z powrotem do brokera.

W związku z PIT-ami inwestorzy kierowali mnóstwo pytań do biur maklerskich. Oznaczało to przeciążanie linii telefonicznych. Brokerzy musieli zatrudniać dodatkowych pracowników. Część stałej załogi była też oderwana od bieżącej pracy w związku z rozliczeniem PIT-ów. Niektórzy inwestorzy poirytowani całą karuzelą wokół PIT-ów postanowili ich nie wysyłać. Można też, niestety, oczekiwać, że ci, którzy nie zarobili na giełdzie zbyt wiele, a mieli duże problemy ze złożeniem deklaracji, zrezygnują z inwestycji na GPW.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama