Im bliżej końca sejmowych prac nad nowelizacją prawa ubezpieczeniowego, tym bardziej rosną emocje środowisk, których interesy mogą być naruszone. Wczoraj larum podniosła Polska Izba Ubezpieczeń (a także Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny), która przegrywa walkę z lobby motoryzacyjnym.

Chodzi m.in. o przepisy, które ograniczają zakres wypłacanego odszkodowania wyłącznie do szkód rzeczowych w pojazdach powstałych w wyniku kolizji. Jeśli weszłyby w życie, osoby poszkodowane w trakcie wypadku nie mogłyby liczyć na jakiekolwiek świadczenie od ubezpieczyciela sprawcy (z polisy OC), nie zrefundowano by im także kosztów zniszczonych ubrań. - W ub.r. w wypadkach drogowych zginęło 5,7 tys. osób. Ich rodziny nie mogłyby liczyć na żadne zadośćuczynienie. W wypadkach rannych zostało prawie 65 tys. osób. Ci poszkodowani także nie otrzymaliby żadnych świadczeń, np. rent powypadkowych - wyliczała Elżbieta Turkowska-Tyrluk, prezes UFG.

Ubezpieczycielom nie podoba się także to, że wypłata odszkodowania (z ubezpieczeń komunikacyjnych OC i AC) następowała po przedstawieniu faktury VAT z warsztatu naprawczego, o co skutecznie lobbowały Związek Rzemiosła Polskiego oraz Polska Izba Motoryzacji. Ma to zmniejszyć szarą strefę i handel kradzionymi częściami, a także zwiększyć wpływy z podatku VAT o ok. 2-3 mld zł. Towarzystwa odrzucają również pomysł, aby każda szkoda była wyceniana przez niezależnego rzeczoznawcę. - Te hasła dobrze brzmią medialnie, ale nie mają wiele wspólnego z faktami - przekonywał Ryszard Bociong, członek zarządu PZU. - W ciągu roku likwidowanych jest 1,5 mln szkód komunikacyjnych, tymczasem w Polsce praktycznie nie ma niezależnych rzeczoznawców. Wypłaca się ok. 5 mld zł odszkodowań, a więc wpływy z VAT zwiększyłyby się najwyżej o 1 mld zł, jeśli nie mniej, bo przecież części użyte do napraw są opodatkowane - argumentował. Według niego, wprowadzenie tych przepisów spowoduje wzrost kosztów odszkodowań o ok. 20%, co przełoży się na wzrost cen polis komunikacyjnych.