Jesteśmy bez serca, samolubni, nie dostrzegamy problemów bliźnich. A przecież powinniśmy kochać tych, którzy są obok nas. Dlaczego to piszę? Skąd mój smutek i rozżalenie na rodaków - Polaków? Problem może nie jest największej wagi, ale jednak... Z drobiazgów przecież zbudowany jest nasz piękny świat. Coraz piękniejszy zresztą, bo już pełnoprawnie europejski od jakiegoś czasu. A smutno mi, bo nie potrafimy dostrzec tych, którzy swój prywatny czas poświęcają rzeczom publicznym. Więcej - ziejemy jadem nienawiści w kierunku ludzi "zaangażowanych i czyniących", chociaż sami angażujemy się co najwyżej w alkowach i tylko tam cokolwiek czynimy.

Myśli te - jakże smutne - naszły mnie po niedawnym spotkaniu z moimi znajomymi. A rozmowa dotyczyła posłów i senatorów III Rzeczypospolitej - ludzi mądrych, prawych i bezkompromisowych, którzy powolutku kończą swoją ciężką pracę przy ulicy Wiejskiej w Warszawie, bo kończy się kadencja naszego parlamentu. Niewielu chce zauważyć, że nasi reprezentanci mogli się już wypiąć na Kowalskich i Malinowskich i przegłosować skrócenie kadencji. Mogli się spakować i wrócić do tęskniących żon, mężów, matek, ojców, teściowych, teściów, córek i synów (o konkubinach i konkubentach nie wspominając). Oni jednak nie poszli na łatwiznę. Postanowili wytrwać na posterunku do końca. Uznali, że nie można zostawić Ojczyzny samopas, bez sterników. I nic tam płaczące dziatki czy tęskniący kochankowie. Biało--czerwona flaga jest dla tych niezwykłych ludzi zawsze na pierwszym planie.

Dlatego trudno dziwić się tym, którzy uważają, że naszym reprezentantom należy się nie tylko szacunek, ale i jakaś drobna gratyfikacja. Szczególnie w chwili, gdy misja ich się kończy. Niestety, niektórzy nijak tego zrozumieć nie mogą. Nie tak dawno próbował przekonać ich nawet pan Cimoszewicz (ten sam, który zapisał się do prezydenckiego wyścigu, bo Ojczyzna w potrzebie). - Wiem, że posłowie nie cieszą się dziś w społeczeństwie szczególną estymą i łatwo jest przedstawić ich działania jako samolubne - mówił pod publiczkę próbując nieco podłechtać wrogo nastawionych do pracujących przy Wiejskiej. Argumentował jednak, że wielu posłów, którzy nie znajdą się - z woli wyborców lub własnej - w przyszłym parlamencie, po czterech, ośmiu czy więcej latach aktywności w Sejmie utraciło związek z wcześniej wykonywanym zawodem. ? Życiowo są oni w trudnej sytuacji. Dlatego umiarkowane, rozsądne myślenie o ich sytuacji jest, jak sądzę, zasadne - dodał pan Cimoszewicz (ten sam z którym Ojczyznę postanowiła ratować pani prezydentowa Kwaśniewska).

Mówiąc bardziej skrótowo i konkretnie, chodzi o to, by naszym reprezentantom z Wiejskiej zagwarantować jakiś stały złotówkowy bonus. Coś tym ludziom się chyba należy za ciężką pracę, nieprzespane noce w sejmowym hotelu, uciążliwe zagraniczne eskapady, zagrażające życiu i zdrowiu blokady dróg, ryzykowne maszerowanie z gejami lub faszyzującymi szowinistami, męczące rauty i brifingi, godziny spędzone w telewizji z panią Olejnik lub w radiu z panią Pieńkowską, niezdrowe odżywianie się na sejmowej mównicy lub u paulinów na Jasnej Górze itd., itp. Nie można przecież o nich zapomnieć tylko dlatego, że ich "kadencyjny czas dla Ojczyzny" dobiegł końca. My, naród, wyssaliśmy z nich to, co najlepsze. Nie oszczędzaliśmy ich. Żądaliśmy więcej i więcej, bez żadnych skrupułów (kiedyś nawet wygoniliśmy ich na wybieg, by białym kołnierzykom pokazali, w co się ubierać, co nosić, a czego nie nosić). Dlatego jesteśmy ich dłużnikami. Nie bądźmy skąpcami. Wiem, że nasz biało-czerwony budżet jest, jaki jest, ale jeśli tylko się chce, to można. A cel jest szczytny.Co prawda, niektórzy oceniając naszych reprezentantów porównują ich do ludzi, którzy dobrowolnie zgłaszają się do różnego rodzaju talk-shows (cała rzesza ekshibicjonistów pragnących choć przez chwilę poczuć, jak smakują uznanie i sława; często osoby niedowartościowane, o chwiejnej psychice i niedojrzałej osobowości), ale to chyba nie tak. A nawet jeśli, to przecież i tak sami za tym stoimy, bo sami przy urnach wyborczych zgotowaliśmy sobie taki, a nie inny los.