Tradycyjnie jako pierwsza duża amerykańska spółka rezultaty finansowe podał największy producent aluminium na świecie - Alcoa. Zyski okazały się wyraźnie lepsze od oczekiwań. Na akcję przypadły 52 centy wobec 46 centów rok wcześniej i 47 centów oczekiwanych przez specjalistów. Tym samym przerwana została zła passa, trwająca od jesieni ubiegłego roku, kiedy z kwartału na kwartał spółka zarabiała coraz mniej. W ślad za tym w dół szedł kurs. Pod koniec września 2004 r. notowania sięgały blisko 34 USD, obecnie są 8 USD niższe. Tak wysokie zyski były w pewnym stopniu wynikiem jednorazowego zdarzenia (sprzedaży udziałów w norweskiej firmie), ale też większego zapotrzebowania na aluminium ze strony przemysłu lotniczego, motoryzacyjnego i budowlanego. Pomogły też ulgi podatkowe. To pozwoliło zneutralizować wyższe koszty i obciążenia związane z restrukturyzacją. Notowania spółki w pierwszej połowie piątkowej sesji szły w górę o 3%.
Co będzie w II połowie roku?
Zwyżka kursu w reakcji na pozytywne zaskoczenie wynikami to znak, że rynek znajduje się w dobrej kondycji. Równocześnie trzeba pamiętać, że notowania Alcoa od półtora roku znajdują się w trendzie malejącym - od szczytu z przełomu 2003 i 2004 r. spadły o około jedną trzecią. Z tego powodu zachowanie tych walorów nie jest najlepszym prognostykiem reakcji inwestorów podczas rozpoczynającego się okresu prezentacji osiągnięć za II kwartał. Wydaje się też prawdopodobne, że uwagę inwestorów w większym stopniu będą zaprzątać komentarze władz spółek dotyczące perspektyw na II półrocze niż wypracowane w II kwartale zyski.
Uczestnicy rynku będą chcieli się przede wszystkim dowiedzieć o oceny wpływu na wyniki pozostających na wysokim poziomie cen ropy naftowej, a przede wszystkim umocnienia dolara. Średnia roczna cena baryłki ropy podniosła się w II kwartale o dalsze blisko 5 USD, do niecałych 47 USD, a od końca 2004 r. wzrost wynosi już prawie 9 USD. Tempo zwyżki średniej ceny jest więc dość regularne. Natomiast w przypadku dolara pierwszy raz od ponad trzech lat roczna średnia przestała zniżkować, dając kolejny argument na rzecz nadejścia lepszych czasów dla tej waluty. Gdyby mocniejszy dolar miał przełożenie na zniżkę cen surowców, można byłoby mówić o ograniczeniu presji inflacyjnej z ich strony (szczególnie cen paliw).
A tak obciążenia z tym związane mogą się stopniowo przenosić do Europy. Tym samym dyskusja na temat obniżki stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny, która była jedną z przesłanek trwającej w ostatnich tygodniach hossy na rynku obligacji, może się okazać bezzasadna. To sprzyjałoby odwróceniu dotychczasowej tendencji.