Ostatnimi czasy do listy problemów, które gnębią gospodarkę świata i Polski, dołączył się jeszcze jeden: droga ropa naftowa. No bo rzeczywiście, siedem lat temu ten surowiec kosztował około 10 USD za baryłkę, cztery lata temu nieco ponad 20 USD, rok temu około 35 USD, a dzisiaj jego cena oscyluje już wokół 60 USD - i najwyraźniej nie ma ochoty się wcale zatrzymać! (osobiście uważam - i mówiłem to od dwóch lat - że dojdzie ona stopniowo do poziomu 80-90 USD).
Przede wszystkim pada pytanie: czy mamy się czego bać? Wszyscy przyjmujemy płynący z ekranów telewizorów i z prasy argument, że droższa ropa równa się wolniejszy wzrost gospodarczy w Polsce jako twierdzenie nie wymagające żadnego dowodu.
Oczywiście, że jest to stwierdzenie prawdziwe, ale aby ocenić jego wagę, musimy zdać sobie jasno sprawę z tego, jak wygląda główny mechanizm spowalniający wzrost PKB w Polsce w reakcji na droższą ropę. W gruncie rzeczy chodzi tu nawet nie o jeden, a o dwa mechanizmy.
Po pierwsze, droższa ropa oznacza wyższą inflację. To z reguły nie podoba się bankom centralnym, które zaczynają walczyć ze wzrostem cen, podnosząc stopy procentowe - a to oczywiście uderza w inwestycje. Walka ta bywa często beznadziejna - w latach 70. ubiegłego wieku świat cierpiał z tego powodu na tzw. stagflację, czyli wzrost spowolnił (stąd stagnacja), a jednocześnie i tak rosły ceny (stąd inflacja). Na podstawie dotychczasowych doświadczeń nie ma raczej wątpliwości, że nasz bank centralny będzie również walczyć z impulsem inflacyjnym. Sytuację nieco ratuje jednak mocny złoty: jest to oczywiście ból głowy dla eksporterów, ale i najlepsze antidotum na zbyt szybki złotówkowy wzrost cen paliw.
Drugi mechanizm ma charakter pośredni. Droższa ropa, to wolniejszy wzrost gospodarczy w Europie (może poza Rosją, Wielką Brytanią i Norwegią, które jako wielcy producenci ropy raczej na tym korzystają). A mniej pieniędzy w kieszeniach europejskich konsumentów, to gorsze warunki dla naszego eksportu. Na pocieszenie można tylko powiedzieć, że, jak dotąd, nasz eksport trzyma się dobrze, a zubożony przez kryzys niemiecki konsument najwyraźniej chętniej sięga po towary tańsze, które produkujemy właśnie my.