Kilka dni temu przeczytałem w jednym z serwisów agencyjnych, że amerykański producent piwa Anheuser-Busch rozpoczął kolportaż ulotek reklamowych odwołujących się do patriotyzmu Amerykanów. Informował w nich, że jest jedynym amerykańskim browarem wciąż znajdującym się niemal w pełni w rękach rodzimych inwestorów. Jednocześnie Anheuser-Busch przekonywał w swoich materiałach propagandowych, że jego główni konkurenci - SABMiller i Molson Coors - należą do zagranicznych inwestorów. Tym samym wyprowadzają amerykański kapitał poza granice kraju. Jak z tego widać, Amerykanie też mają problemy z tożsamością, albo - mówiąc inaczej - starają się walczyć o swoje na indiańskiej ziemi. Z jakim skutkiem? Czas zweryfikuje amerykański patriotyzm rynkowy (w końcu wystarczyłoby jedynie, by potomkowie Wuja Sama pili jedynie "prawdziwie amerykańskie piwo").
Nie wszyscy jednak za oceanem są tak nieugięci, jak przedstawiciele Anheuser-Busch. Oto na przykład symbol amerykańskiego dobrobytu - koncern Coca-Cola (o bracie hamburgerze nic nowego ostatnio nie słyszałem) sięgnął po pomoc Francuzów. To właśnie bowiem holding reklamowy znad Sekwany - Publicis Group - przejął budżet mający wypromować napój Vault, który w "stajni Coca-Coli" powalczy z nowościami PepsiCo.
Jak z tego widać, w amerykańskim biznesie żyją obok siebie patrioci ("Teraz USA") i firmy bezwstydnie wspierające się importem usług, który wysysa z krwiobiegu Stanów Zjednoczonych bezcenne dola-ry. Czy dojdzie do krwawej jatki w obronie narodowej tożsamości USA? Pewnie nie. Ale też prawie na pewno nie zniknie z rynku piwo warzone przez amerykański kapitał. Ten bowiem - jeśli będzie taka potrzeba - otrzyma mniej lub bardziej oficjalne wsparcie.
A co z francuskimi magikami reklamowymi? Jeśli się sprawdzą, zostaną postawieni za wzór amerykańskim agencjom i następnym razem to już one przejmą budżet reklamowy Coca-Coli. A jeśli Francuzi zawiodą, to tym bardziej nie dostaną już nigdy ani centa za promowanie niezwykłych napojów. Zostaną jednak w ramach rekompensaty dopuszczeni do organizowania szkoleń wizerunkowych i wszelkich innych) w tzw. "krajach z szansą".
Dlaczego o tym piszę? Żeby nieco uspokoić niektórych moich znajomych, podenerwowanych nie tylko rynkowymi historiami znad Wisły, ale i zbliżającymi się podwójnymi wyborami, w których znalezienie kandydata, na którego chciałoby się oddać głos, graniczy z cudem. Wzywam do spokoju i wiary, że przyjdzie czas, kiedy to wszystko jakoś się unormuje. Nie twierdzę, że stanie się tak już w tym roku. Być może jednak już za cztery, osiem czy dwanaście lat wszystko będzie dobrze. Rynek będzie rynkiem, kandydat kandydatem... A toast za normalność wypijemy wtedy polskim piwem warzonym zgodnie z benedyktyńskimi recepturami z Małopolski. Do schłodzonych butelek piwa podadzą nam natomiast kaczkę ze smażoną jarzębiną lub schab z duszoną kapustą i borowikami, które po latach przerwy zagoszczą na najwykwintniejszych stołach. Przybędzie normalności. Natomiast "ślimaki w sosie słodko-kwaśnym" czy "żabie udka w parmezanie" będą już tylko zabawnym snem...