Reklama

Rekordowa seria

Seria dziewięciu wzrostowych tygodni nie zdarzyła się na warszawskiej giełdzie w ostatnich dziesięciu latach. Analiza przypadków z przeszłości, kiedy indeks WIG rósł nieprzerwanie przez pięć tygodni lub więcej, przekonuje, że trudno zarobić kupując akcje na koniec tak dobrej passy.

Publikacja: 16.07.2005 08:44

Przeciętnie po miesiącu od zakończenia serii pięciu lub więcej wzrostowych tygodni indeks WIG notował spadek. Wynosi on średnio 1,3%. Natomiast średnia zmiana indeksu po trzech miesiącach od zakończenia takiej serii jest dodatnia - 1,4%. Ta statystyka pokazuje, że długie wzrostowe serie mówią raczej o wykupieniu rynku niż o jego nadzwyczajnej sile. Obecny przypadek jest trzynastym, kiedy WIG nieprzerwanie rośnie przez pięć tygodni lub więcej. Co ciekawe, większość z nich przypadło na trwającą od ponad dwóch lat hossę. Przeciętnie podczas takich systematycznych ruchów w górę skumulowany wzrost (suma procentowych zwyżek) sięgał 15%. Tym razem, pomimo że seria jest najdłuższa w analizowanym okresie, skumulowane tygodniowe zwyżki wynoszą 12%. Pod tym względem najsłabiej wypadł 5-tygodniowy wzrost z jesieni 2004 r. (8,1%), a najlepiej 6-tygodniowy ruch z I kwartału 1998 r. (26,4%).

Inwestorzy mają świadomość, że każda - nawet najlepsza passa - kiedyś się kończy. Z każdym kolejnym tygodniem zwyżki prawdopodobieństwo tego, że ten był już ostatni z serii, jest coraz większe. W tej sytuacji rodzi się pytanie, co się stanie, jeśli kupimy papiery na szczycie. Zobaczmy więc, jak rynek zachowywał się w przeszłości po takich długich ruchach w górę. Przedmiotem analizy będzie uśrednione zachowanie indeksu po rekordowej serii.

Wzrost trwa wiecznie

Okazuje się, że maksymalny spadek po zakończeniu serii wzrostowych tygodni wynosił w przeszłości 2,5%. Notowany był on na piątej sesji od rozpoczęcia zniżki. Potem było lepiej. Na kolejnych sesjach straty były odrabiane, by po 3,5 tygodniach wrócić do poziomu wyjścia. Później inwestorzy notowali zyski. Patrząc przez pryzmat średnich zmian, dochodzimy zatem do optymistycznych wniosków. Przeciętne są tutaj jednak wypadkową dość skrajnych przypadków. Kupując na lokalnym szczycie po wzrostowej serii, po kilku tygodniach można było zyskać nawet ponad jedną trzecią, jak i blisko jedną piątą stracić. Ważnym spostrzeżeniem jest to, że aż w 7 przypadkach zarówno po 10, 20, 30, 40 czy 50 sesjach od zakończenia serii wzrostowych tygodni indeks był na minusie. Pomimo że większość opisywanych przypadków wystąpiła w czasie hossy, to jednocześnie częściej po ustanowieniu górki notowaliśmy spadek nie tylko w krótkim terminie, ale i w dłuższym.

Szczyt przebity czy nie?

Reklama
Reklama

Te spostrzeżenia z przeszłości, wskazujące na zagrożenie pogorszeniem koniunktury z chwilą zakończenia serii wzrostowych tygodni, nabierają szczególnego znaczenia w obecnej sytuacji. Indeks WIG20 znalazł się w cenach zamknięcia ponad tegorocznym szczytem. Jednak na wykresie świecowym wciąż nie został on przebity. W tej sytuacji rodzi się wątpliwość, czy ten ważny sygnał kupna rzeczywiście został już wygenerowany. Od środowego południa, czyli momentu, kiedy indeks znalazł się ponad zamknięciem z 25 lutego, rynek tak naprawdę przestał rosnąć. Do tego czwartkowej zwyżce towarzyszyły mniejsze niż dzień wcześniej obroty, a piątkowemu spadkowi - większe. To może sugerować wzrastającą skłonność do realizowania zysków.

Co ciekawe, z identyczną sytuacją mamy do czynienia również na amerykańskim parkiecie. S&P 500 zakończył czwartkowe notowania na wysokości 1227 pkt, czyli ciut powyżej zamknięcia z 7 marca, ale nieco poniżej najwyższego poziomu z tego dnia. W ostatnich tygodniach obserwujemy też wyraźną polaryzację na emerging markets. To znak, że inwestorzy stają się bardziej wybredni przy określaniu miejsca lokowania pieniędzy.

WIG-Banki na rozstajach

Wątpliwości co do tego, czy WIG20 wybił się ponad tegoroczną górkę, czy też poziomy cen wtedy ustalone zatrzymały go, potęguje indeks WIG-Banki. On co prawda z analogiczną barierą uporał się już ponad miesiąc temu, ale od tego czasu pozostaje w trendzie bocznym. Jego opuszczenie górą stałoby się kolejnym argumentem na rzecz podtrzymania dobrej koniunktury przez dłuższy czas. W tej sytuacji kluczowym wsparciem pozostaje 37 492 pkt, gdzie został utworzony szczyt w marcu. Dzieli od niego blisko 4%. W przypadku dalszego wzrostu warto zwracać uwagę na zachowanie MACD zarówno w wersji dziennej, jak i tygodniowej. Na obu wskaźnikach widoczne są negatywne dywergencje. Szczególnie istotne są sygnały płynące ze strony tygodniowego MACD. Pierwszy raz w wieloletnim trendzie rosnącym tak wyraźnie wskaźnik nie nadąża za wzrostem indeksu. To sygnał ostrzegający przed odwróceniem dotychczasowego trendu.

Taki scenariusz znajduje poparcie w zaostrzającej się konkurencji w sektorze (walka o depozyty klientów, coraz bardziej atrakcyjne oprocentowanie kredytów), która, oprócz niższych stóp procentowych, dodatkowo może oddziaływać na obniżkę marż odsetkowych. To, czy uda się ją zrekompensować wyższym wolumenem, wciąż stoi pod znakiem zapytania. Jednocześnie wyczerpuje się potencjał elementów dotychczas stymulujących poprawę wyników - spadku rentowności obligacji oraz mniejszego salda rezerw. W przeciwieństwie do wielu poprzednich ruchów wzrostowych w sektorze bankowym ostatnia zwyżka napędzana była głównie przez czynnik zewnętrzny, jakim była informacja o połączeniu Unicredito i HVB. Natomiast kwestie związane z fundamentami zeszły na plan dalszy. Sprawiało to wrażenie poszukiwania nieco na siłę powodu do wzrostu. Z taką sytuacją mamy zazwyczaj do czynienia w końcowych fazach hossy.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama