Sesja nie była zbyt emocjonująca, mimo że kończyła tydzień nowych rekordów hossy. Motorem wzrostu cały czas pozostają rynki zagraniczne, które w połączeniu z permanentnym pesymizmem polskich inwestorów są wystarczającym giełdowym argumentem do kupna, niezależnie czy ktoś tylko podąża za ogólnoświatowym trendem, czy ma po prostu kontariańskie podejście do rynku.
Szczególną uwagę zwróciłbym po tym tygodniu na amerykańskie dane makro. Indeksy w USA od połowy zeszłego tygodnia rozpoczęły dyskontowanie nie tylko wyników spółek, ale też właśnie informacji pozwalających lepiej ocenić całą gospodarkę. S&P500, przełamujący w końcu marcowy szczyt, jasno pokazał, że inwestorzy oczekują naprawdę świetnych danych. Można było się tego obawiać, bo niemal zawsze przy takim zachowaniu rynku, wraz z ich publikacją przychodzi rozczarowanie. I tutaj spora niespodzianka - wszystkie dane były faktycznie świetne. W środę niższy deficyt handlowy, w czwartek niskie CPI i wysoka sprzedaż detaliczna, w piątek potwierdzenie braku presji inflacyjnej niskim PPI, bardzo wysoki NY Empire State Index i optymistyczny indeks nastroju. Ten ostatni wyraźnie pokazuje, że konsumentom więcej pomaga "efekt bogactwa" dzięki rosnącym giełdowym kursom (i rynkowi nieruchomości) niż drenowanie ich kieszeni wysokimi cenami ropy.
Taki układ na rynkach zachodnich (plus BUX) wciąż pozwala oczekiwać, że impulsy mogące drastycznie przerwać falę wzrostową na GPW nadejdą dopiero na przełomie lipca i sierpnia. W takim otoczeniu wtorkowe dane o produkcji przemysłowej, punkt kulminacyjny przyszłego tygodnia, będą zapewne optymistycznie interpretowane "po amerykańsku", czyli albo jako korzystne dla gospodarki (powyżej prognoz), albo jako optymistyczna zapowiedź głębszej obniżki stóp procentowych (poniżej prognoz).