stylu: "Jeżeli inflacja na trwałe miałaby się odchylić od celu +in minus+,
to oczywiście powinniśmy reagować, aby sprowadzić ją do celu, tym bardziej,
że deflacja byłaby również niekorzystna." Prawda, że mądrze? Tylko, że nikt
rozsądny tego już nie czyta na poważnie, bo przecież można to znaleźć w
każdym podręczniku ekonomii. O ile oczywiście jest zdania, że pewne procesy
w gospodarce poddają się modelowaniu, bo ostatnio trwa dyskusja (choć to
chyba zbyt mocne słowo), czy w ogóle ekonomia jest nauką. Nie odbiegajmy
jednak od tematu. Kto ciekawy pewnie znajdzie. A kto cierpliwy to i nawet
przeczyta, choć nie wiem, czy będzie (podobnie jak ja) wiedział czy się
śmiać czy płakać.
Główna myśl została wysłana. W tym kierunku idą także wypowiedzi innych
członków rady. Można się właściwie zastanawiać, czy ta obfitość wypowiedzi
nie jest wynikiem ogólnego przekonania, że decyzja już zapadła i teraz każdy
chce okazać się dobrym prorokiem. "Obecne warunki w gospodarce uzasadniają
utrzymanie łagodnego nastawienia w polityce pieniężnej, ponieważ tempo
wzrostu gospodarczego kształtuje się poniżej potencjału PKB", powiedział
agencji ISB członek Rady Polityki Pieniężnej (RPP) Andrzej Sławiński. Dalej
czytamy: "Łagodne nastawienie w polityce pieniężnej jest adekwatne do stanu
gospodarki. Tempo wzrostu gospodarczego jest niższe od tempa potencjalnego,
a inflacja będzie prawdopodobnie utduje ani wzrostu, ani spadku
inflacji. Jeśli tempo wzrostu jest niższe od potencjalnego, banki centralne
łagodzą swoją politykę pieniężną". To zdanie jest o tyle interesujące, że
mocno naciska na tezę, że bank centralny szczególnie martwi się o tempo
wzrostu gospodarczego. Przypomina się od razu dyskusja sprzed kilku lat o
tym, czym właściwie powinien zajmować się bank centralny i jakie czynniki
powinny wpływać na podejmowane przez niego decyzje. Padały propozycje, by
poszerzyć zbiór celów banku centralnego. Koncepcja upadła, ale jak widać
myśl idzie swoją drogą.
Marian Noga (także z RPP) uważa, że "przestrzeń do obniżki stóp wynosi 75
pkt bazowych. Wydaje się, że nic nie przeszkodzi obniżyć o tyle wysokości
stóp procentowych do końca roku". Zdaniem Nogi, zachodzące zmiany w
wielkości inflacji oraz oznaki spowolnienia gospodarczego (!) sprawią, że
RPP będzie mogła obniżyć stopy procentowe już w lipcu i będzie to redukcja o
50 pkt bazowych. Jego zdaniem dynamika produkcji przemysłowej, jaką poznamy
na początku przyszłego tygodnia nie jest w stanie tego zmienić.
Czy to już wszyscy? Oczywiście, że nie. Mamy jeszcze Stanisława Nieckarza.
"W horyzoncie 12 miesięcy konieczne są obniżki stóp procentowych o 150-200
punktów bazowych w celu zmniejszenia dysparytetu stóp procentowych pomiędzy
UE a Polską". Jego zdaniem stopy procentowe w Polsce nie powinny być wyższe
od inflacji o więcej niż 1 pkt proc. Miło jest mieć świadomość możliwości
regulowania cen. Czuje się wtedy dużą władzę, tylko co to ma wspólnego z
rzeczywistością? Czy zdaniem Nieckarza duże cięcie stóp przez RPP zmieni
nastawienie inwestorów do polskiego rynku? Nagle wszyscy zapałają wielką
miłością do polskiej gospodarki i radykalnie zmniejszą wymaganą premię za
ryzyko? Jest to myślenie graniczące z naiwnością. Tym bardziej, że zagrożeń
związanych z inwestycjami w Polsce jest nadal multum i jakoś nie widać
poważniejszych ruchów, by je zmniejszyć.
Można odnieść wrażenie, że większość członków rady poddało się ułudzie
sukcesu w walce w inflacją. Sukcesu, który może się okazać ulotny. Trzeba
sobie zdawać sprawę, że znaczą część spokoju związanego z wielkością
inflacji i poziomu długu publicznego względem PKB zawdzięczamy poziomowi
kursu złotego. Jeszcze na początku ubiegłego roku prognozy układu dług
publiczny/PKB były alarmistyczne. Wiadomo było, że racjonalizacja wydatków
publicznych nie jest dokonywana w takim stopniu, jak zamierzano. Trzeba
pamiętać, że i te zamiary były niższe od faktycznych potrzeb. Czy wydarzył
się cud? W pewnym sensie. Złotówka się umocniła, co zmniejszyło wielkość
długu denominowanego w walutach obcych oraz zamortyzowało rosnące ceny ropy
naftowej. Mamy cud, bo z planu Hausnera właściwie nic nie zostało, a nadal
poziom 55 i później 60% długu do PKB nie został przekroczony. Problem w tym,
że to są tylko zabawy księgowe. Jeśli z jakiegoś powodu Polska straci
zaufanie rynków lub czymś je przestraszy wpływ mocnej złotówki może znacząco
zmaleć i wrócimy do punktu wyjścia. Czy taki scenariusz jest odległy?
Polecam przeczytać artykuł W. Gadomskiego z weekendowego wydania GW, a już
na pewno powinni go przeczytać wszyscy pewni świetlanej przyszłości naszej
gospodarki. Nie jest to czarnowidztwo, ale warto mieć świadomość jakie
zagrożenia jeszcze czyhają, by włączyć je w kalkulację swoich poczynań.
Czy to już wszystkie wypowiedzi członków RPP? Wydaje mi się, że tak. Tym
razem nie zapoznaliśmy się z myślami byłej minister finansów
Wasilewskiej-Trenker, ale Pani minister była pewnie zajęta przesłuchaniem
przed komisją śledczą. Do głosowania pozostał jeszcze ponad tydzień wiec
jestAP szacują, że dynamika ta w czerwcu wyniosła
r/r +4,6 proc. przy rozpiętości prognoz 1,1-9,0 proc. Analitycy zwracają
uwagę, że przyspieszenie produkcji wynika z większej liczby dni roboczych
niż w czerwcu 2004. Ogólnie ocenia się, że wzrost jest nadal słaby z powodu
słabego popytu wewnętrznego i umocnienia złotego z jakim mieliśmy do
czynienia w czerwcu, co miało wpływ na wynik eksporterów.
Dynamiki produkcji jeszcze nie znamy, ale znamy za to czerwcową inflację.
Potwierdziły się przypuszczenia, że ta nadal spada. W czerwcu wyniosła ona
1,4% r/r. Wpływa na to efekt bazy, oraz korzystna sytuacja na rynku
żywności. Zdaniem ekonomistów w ujęciu rocznym wskaźnik CPI może już w lipcu
znaleźć się w okolicach 1%.
Radość psuje (a właściwie przestrzega przed huraoptymizmem) właśnie
Gadomski: "Jednakże obecna - niska i spadająca - inflacja może się okazać
zjawiskiem przejściowym. Dziś wprawdzie większość analityków spodziewa się
dalszych cięć stóp procentowych dla ożywienia gospodarki, ale wahania kursu
złotego mogą zniechęcić Radę Polityki Pieniężnej do tego kroku. RPP, mając w
pamięci nadzwyczajny wzrost inflacji w zeszłym roku, szybko zareaguje na
pierwsze objawy odwrócenia się trendu cen." Można się zastanawiać, czy
faktycznie będzie to tak "szybko". Po pierwsze, skład rady jest mało
jastrzębi, a po drugie rada właśnie płaci frycowe po ubiegłoroczną zbyt
szybką reakcję. Można podejrzewać, że nie będą oni chcieli popełnić drugiego
błędu.
Wracając do dynamiki PKB. Minister gospodarki Jacek Piechota szacuje w II
kwartale wyniesie ona 3-3,3 proc. Ciepłe wypowiedzi dotyczące naszej
gospodarki słychać także z Zachodu. Analitycy z JP Morgan są zdania, że
polska gospodarka ma najgorsze za sobą. PKB w II kwartale wzrośnie o 2,3
proc. w ujęciu rocznym, a pole do redukcji stóp procentowych wynosi 75-100
punktów bazowych.
Wszyscy uważają, że piętą achillesową naszego wzrostu PKB są inwestycje. Już
któryś kwartał słyszymy, że obecnie inwestycje są słabe, ale za pół roku to
będzie się działo. Na razie nie dzieje się nic szczególnego. Jak wynika z
raportu o stanie sektora finansowego banki walczą ostro o klienta
detalicznego, gdyż tu poszukują zysków. Popyt na kredyt konsumpcyjny jest
spory w przeciwieństwie do korporacyjnego, z którego mogłyby być finansowane
inwestycje. PKB cały czas podtrzymywany jest przez eksport i to mimo
znacznego pogorszenia się w ciągu ostatniego roku warunków w handlu z
zagranicą. Czy ostatnie dane o sytuacji w obrotach bieżących są pierwszym
sygnałem, że i na eksport powoli nie możemy już liczyć? Oczywiście na takie
wnioski jest jeszcze za wcześnie, ale chyba warto się temu przyglądać.
Na istotność inwestycji we wzroście polskiego PKB zwracał uwagę w ubiegłym
tygodniu prof. Jerzy Osiatyński. Uważa on, że inwestycje będą najważniejszym
czynnikiem wzrostu gospodarczego Polski w najbliższych latach. Takich
wypowiedzi słyszeliśmy już sporo i w poprzednich latach. Można się
zastanawiać, na ile "będą" one najważniejszym czynnikiem, a na ile "powinny
być", bo że powinny być, to chyba wie każdy. Problem w tym, że nadal temu
wzrostowi za wiele nie pomagają. Zdaniem Osiatyńskiego inwestycjami
pierwotnymi powinny być "inwestycje, na które państwo może wpłynąć, a które
będą decydowały o dynamice i potencjale wzrostu, to inwestycje
infrastrukturalne, finansowane zwłaszcza ze środków pomocowych UE,
wspomaganych środkami polskimi". Jego zdaniem, jednym ze skutków
realizowania takich inwestycji będzie poprawa "środowiska
przedsiębiorczości" i dodatkowe pobudzenie inwestycji prywatnych. Panie
Keynesem, mnożnikiem i akceleratoywatyzacji".
"Inne warunki wzrostu gospodarczego to obniżenie wydatków budżetowych w
stosunku do PKB, usunięcie barier prawnych na rynku pracy oraz umocnienie
wymiaru sprawiedliwości." Co z tych elementów znajdziemy w programach
partii, które liderują w sondażach? Mam jeszcze jedno pytanie, ile z tych
elementów jest spójnych?
Na koniec kilka zdań o wykresach. Ostatnie dni upłynęły pod znakiem flirtu z
poziomem szczytu z końca lutego br. WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Indeksowi
udało się nawet przez chwilę wyjść ponad opór, ale nie udało się tak wysoko
zamknąć żadnej sesji. Tym samym opór nadal obowiązuje. Takie zabawy w
okolicy poważnej bariery kuszą graczy, by zagrać na odbicie się cen. Stąd
cały czas utrzymująca się ujemna baza.gif Niestety dla tej grupy graczy
takie nastroje na rynku utrudniają cenom spadek. Do pojawienia się ruchu
cen, potrzebne są przeciwne nastroje. Stąd do wzrostu potrzebna jest "ściana
strachu", a do spadków nadzieja na odbicie, która skłania do namiętnego
łapania dołków. Sam ruch cen wynika właśnie z zaskoczenia. Ceny rosną nie
tylko dlatego, że ktoś na ten wzrost liczy, ale także dlatego, że ktoś kto
liczył na spadek musi ciąć straty.
W ostatnich dniach dość znacznie wzrosła LOP. Oczekiwania co do dalszego
ruchu cen uległy polaryzacji. Można odnieść wrażenie, że już niewielu graczy
"nie wie", co się stanie w najbliższym czasie. Obozy niedźwiedzi i byków są
już zaludnione. Między nimi znajduje się przestrzeń niczyja, z której ubywa
ludzi. W końcu nadejdzie chwila, gdy obroty siądą i rynek będzie musiał
wykonać ruch. Duża wartość LOP niemal gwarantuje, że będzie to ruch
dynamiczny. Kierunek? Fakt, że utrzymujemy się przez cały czas blisko oporu
i do tej pory podaż nie jest w stanie oddalić cen od tego newralgicznego
poziomu sugeruje, że przewagę mają byki. Za nimi stoi też kierunek
ostatniego trendu oraz wspominane już nastroje. Być może przed samym
wyjściem w górę będziemy mieli do czynienia z jakimś strząśnięciem, ale
myślę, że dojdzie do wybicia w górę. Czy będzie ono skuteczne zależy już od
popytu. Podobną (choć lustrzaną) sytuację mieliśmy w okolicy 1800 pkt. Wtedy
wiele czynników wskazywało na wyjście z konsolidacji dołem. Nawet do takiego
wybicia doszło, ale podaż nie poszła za pierwszym ciosem, co skwapliwie
wykorzystał popyt. Teraz ostateczny wynik potyczki zależeć będzie tym razem
od popytu, który by odnieść sukces nie powinien poprzestać na jednym ataku,
który miałby tylko wybić ceny. To będzie za mało.
Kamil Jaros