Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 17.07.2005 18:46

RPP zbiera się na posiedzeniu dopiero za nie całe dwa tygodnie (26-27

lipca), ale już teraz można z dużym prawdopodobieństwem określić, co się

wtedy wydarzy. Nie jest to bynajmniej wynik jakiś skomplikowanych analiz,

lecz prosta konstatacja po wysłuchaniu wypowiedzi członków RPP. Wypowiedzi,

które w tym tygodniu wypłynęły jak grzyby po deszczu. Zawsze mnie

Reklama
Reklama

zastanawiała ta szczera chęć członków rady do podzielenia się z uczestnikami

rynku swoimi niewątpliwie światłymi tezami. Do tej pory nie jest mogę jej

zgłębić. Doszedłem do wniosku, że tak po prostu jest. To jest silniejsze dla

nawet najtwardszych charakterów.

Przyjrzyjmy się więc pokrótce, co tak ważnego mieli nam do powiedzenia

włodarze naszego pieniądza. Jako pierwszy idzie Mirosław Pietrewicz. Postać

Reklama
Reklama

znana od lat. Pamiętamy jakie obawy budziła jego kandydatura do rady, gdyż

wtedy każdy miał w głowie niemal rozrywkowe propozycje związane z

poczynaniami RPP. Gdy jednak trzeba samemu odpowiadać za decyzje, ton

wypowiedzi jest zdecydowanie chłodniejszy, choć i obecnie zdarzają się

zdania "interesujące". Uważa on, że obecnie skala możliwych obniżek stóp

jest znaczna, a łagodne nastawienie w polityce pieniężnej powinno się

Reklama
Reklama

utrzymać do końca tego roku. Taka teza nie dziwi jeśli weźmiemy pod uwagę,

że to jeden z bardziej gołębich gołębi. Zaskoczeniem byłoby, gdyby padły

inne słowa. Tym bardziej zastanawia pęd do ogłaszania tego typu wiadomości

światu. Przecież można się narazić na zarzut nudy. Widocznie ryzyko takiego

zarzutu jest mniejsze od zysku w postaci pojawienia się w najważniejszych

Reklama
Reklama

mediach.

Inna gwiazda, wypowiadająca się niemal równie często jest zdania, że "w

perspektywie oddziaływania polityki pieniężnej nie widać zagrożeń dla

inflacji, co umożliwi RPP dalsze obniżki stóp, być może już w lipcu". To są

słowa Jana Czekaja. Każdy wie, że to "być może" to takie oko puszczone w

Reklama
Reklama

stronę rynku. Coś jak z tym "piwem bezalkoholowym". Mamy oko i już wiadomo,

że to "być może" to tylko taka kurtuazja. Przecież żaden członek rady nie

może powiedzieć, że "na najbliższym posiedzeniu RPP obniży stopy o 50 pkt

bazowych". Bo gdzie byłaby ta tajemniczość i aura niewiadomego. Potem mamy

tak zwany wypełniacz, czyli zdania, które już nic nowego nie wznoszą. Coś z

Reklama
Reklama

stylu: "Jeżeli inflacja na trwałe miałaby się odchylić od celu +in minus+,

to oczywiście powinniśmy reagować, aby sprowadzić ją do celu, tym bardziej,

że deflacja byłaby również niekorzystna." Prawda, że mądrze? Tylko, że nikt

rozsądny tego już nie czyta na poważnie, bo przecież można to znaleźć w

każdym podręczniku ekonomii. O ile oczywiście jest zdania, że pewne procesy

w gospodarce poddają się modelowaniu, bo ostatnio trwa dyskusja (choć to

chyba zbyt mocne słowo), czy w ogóle ekonomia jest nauką. Nie odbiegajmy

jednak od tematu. Kto ciekawy pewnie znajdzie. A kto cierpliwy to i nawet

przeczyta, choć nie wiem, czy będzie (podobnie jak ja) wiedział czy się

śmiać czy płakać.

Główna myśl została wysłana. W tym kierunku idą także wypowiedzi innych

członków rady. Można się właściwie zastanawiać, czy ta obfitość wypowiedzi

nie jest wynikiem ogólnego przekonania, że decyzja już zapadła i teraz każdy

chce okazać się dobrym prorokiem. "Obecne warunki w gospodarce uzasadniają

utrzymanie łagodnego nastawienia w polityce pieniężnej, ponieważ tempo

wzrostu gospodarczego kształtuje się poniżej potencjału PKB", powiedział

agencji ISB członek Rady Polityki Pieniężnej (RPP) Andrzej Sławiński. Dalej

czytamy: "Łagodne nastawienie w polityce pieniężnej jest adekwatne do stanu

gospodarki. Tempo wzrostu gospodarczego jest niższe od tempa potencjalnego,

a inflacja będzie prawdopodobnie utduje ani wzrostu, ani spadku

inflacji. Jeśli tempo wzrostu jest niższe od potencjalnego, banki centralne

łagodzą swoją politykę pieniężną". To zdanie jest o tyle interesujące, że

mocno naciska na tezę, że bank centralny szczególnie martwi się o tempo

wzrostu gospodarczego. Przypomina się od razu dyskusja sprzed kilku lat o

tym, czym właściwie powinien zajmować się bank centralny i jakie czynniki

powinny wpływać na podejmowane przez niego decyzje. Padały propozycje, by

poszerzyć zbiór celów banku centralnego. Koncepcja upadła, ale jak widać

myśl idzie swoją drogą.

Marian Noga (także z RPP) uważa, że "przestrzeń do obniżki stóp wynosi 75

pkt bazowych. Wydaje się, że nic nie przeszkodzi obniżyć o tyle wysokości

stóp procentowych do końca roku". Zdaniem Nogi, zachodzące zmiany w

wielkości inflacji oraz oznaki spowolnienia gospodarczego (!) sprawią, że

RPP będzie mogła obniżyć stopy procentowe już w lipcu i będzie to redukcja o

50 pkt bazowych. Jego zdaniem dynamika produkcji przemysłowej, jaką poznamy

na początku przyszłego tygodnia nie jest w stanie tego zmienić.

Czy to już wszyscy? Oczywiście, że nie. Mamy jeszcze Stanisława Nieckarza.

"W horyzoncie 12 miesięcy konieczne są obniżki stóp procentowych o 150-200

punktów bazowych w celu zmniejszenia dysparytetu stóp procentowych pomiędzy

UE a Polską". Jego zdaniem stopy procentowe w Polsce nie powinny być wyższe

od inflacji o więcej niż 1 pkt proc. Miło jest mieć świadomość możliwości

regulowania cen. Czuje się wtedy dużą władzę, tylko co to ma wspólnego z

rzeczywistością? Czy zdaniem Nieckarza duże cięcie stóp przez RPP zmieni

nastawienie inwestorów do polskiego rynku? Nagle wszyscy zapałają wielką

miłością do polskiej gospodarki i radykalnie zmniejszą wymaganą premię za

ryzyko? Jest to myślenie graniczące z naiwnością. Tym bardziej, że zagrożeń

związanych z inwestycjami w Polsce jest nadal multum i jakoś nie widać

poważniejszych ruchów, by je zmniejszyć.

Można odnieść wrażenie, że większość członków rady poddało się ułudzie

sukcesu w walce w inflacją. Sukcesu, który może się okazać ulotny. Trzeba

sobie zdawać sprawę, że znaczą część spokoju związanego z wielkością

inflacji i poziomu długu publicznego względem PKB zawdzięczamy poziomowi

kursu złotego. Jeszcze na początku ubiegłego roku prognozy układu dług

publiczny/PKB były alarmistyczne. Wiadomo było, że racjonalizacja wydatków

publicznych nie jest dokonywana w takim stopniu, jak zamierzano. Trzeba

pamiętać, że i te zamiary były niższe od faktycznych potrzeb. Czy wydarzył

się cud? W pewnym sensie. Złotówka się umocniła, co zmniejszyło wielkość

długu denominowanego w walutach obcych oraz zamortyzowało rosnące ceny ropy

naftowej. Mamy cud, bo z planu Hausnera właściwie nic nie zostało, a nadal

poziom 55 i później 60% długu do PKB nie został przekroczony. Problem w tym,

że to są tylko zabawy księgowe. Jeśli z jakiegoś powodu Polska straci

zaufanie rynków lub czymś je przestraszy wpływ mocnej złotówki może znacząco

zmaleć i wrócimy do punktu wyjścia. Czy taki scenariusz jest odległy?

Polecam przeczytać artykuł W. Gadomskiego z weekendowego wydania GW, a już

na pewno powinni go przeczytać wszyscy pewni świetlanej przyszłości naszej

gospodarki. Nie jest to czarnowidztwo, ale warto mieć świadomość jakie

zagrożenia jeszcze czyhają, by włączyć je w kalkulację swoich poczynań.

Czy to już wszystkie wypowiedzi członków RPP? Wydaje mi się, że tak. Tym

razem nie zapoznaliśmy się z myślami byłej minister finansów

Wasilewskiej-Trenker, ale Pani minister była pewnie zajęta przesłuchaniem

przed komisją śledczą. Do głosowania pozostał jeszcze ponad tydzień wiec

jestAP szacują, że dynamika ta w czerwcu wyniosła

r/r +4,6 proc. przy rozpiętości prognoz 1,1-9,0 proc. Analitycy zwracają

uwagę, że przyspieszenie produkcji wynika z większej liczby dni roboczych

niż w czerwcu 2004. Ogólnie ocenia się, że wzrost jest nadal słaby z powodu

słabego popytu wewnętrznego i umocnienia złotego z jakim mieliśmy do

czynienia w czerwcu, co miało wpływ na wynik eksporterów.

Dynamiki produkcji jeszcze nie znamy, ale znamy za to czerwcową inflację.

Potwierdziły się przypuszczenia, że ta nadal spada. W czerwcu wyniosła ona

1,4% r/r. Wpływa na to efekt bazy, oraz korzystna sytuacja na rynku

żywności. Zdaniem ekonomistów w ujęciu rocznym wskaźnik CPI może już w lipcu

znaleźć się w okolicach 1%.

Radość psuje (a właściwie przestrzega przed huraoptymizmem) właśnie

Gadomski: "Jednakże obecna - niska i spadająca - inflacja może się okazać

zjawiskiem przejściowym. Dziś wprawdzie większość analityków spodziewa się

dalszych cięć stóp procentowych dla ożywienia gospodarki, ale wahania kursu

złotego mogą zniechęcić Radę Polityki Pieniężnej do tego kroku. RPP, mając w

pamięci nadzwyczajny wzrost inflacji w zeszłym roku, szybko zareaguje na

pierwsze objawy odwrócenia się trendu cen." Można się zastanawiać, czy

faktycznie będzie to tak "szybko". Po pierwsze, skład rady jest mało

jastrzębi, a po drugie rada właśnie płaci frycowe po ubiegłoroczną zbyt

szybką reakcję. Można podejrzewać, że nie będą oni chcieli popełnić drugiego

błędu.

Wracając do dynamiki PKB. Minister gospodarki Jacek Piechota szacuje w II

kwartale wyniesie ona 3-3,3 proc. Ciepłe wypowiedzi dotyczące naszej

gospodarki słychać także z Zachodu. Analitycy z JP Morgan są zdania, że

polska gospodarka ma najgorsze za sobą. PKB w II kwartale wzrośnie o 2,3

proc. w ujęciu rocznym, a pole do redukcji stóp procentowych wynosi 75-100

punktów bazowych.

Wszyscy uważają, że piętą achillesową naszego wzrostu PKB są inwestycje. Już

któryś kwartał słyszymy, że obecnie inwestycje są słabe, ale za pół roku to

będzie się działo. Na razie nie dzieje się nic szczególnego. Jak wynika z

raportu o stanie sektora finansowego banki walczą ostro o klienta

detalicznego, gdyż tu poszukują zysków. Popyt na kredyt konsumpcyjny jest

spory w przeciwieństwie do korporacyjnego, z którego mogłyby być finansowane

inwestycje. PKB cały czas podtrzymywany jest przez eksport i to mimo

znacznego pogorszenia się w ciągu ostatniego roku warunków w handlu z

zagranicą. Czy ostatnie dane o sytuacji w obrotach bieżących są pierwszym

sygnałem, że i na eksport powoli nie możemy już liczyć? Oczywiście na takie

wnioski jest jeszcze za wcześnie, ale chyba warto się temu przyglądać.

Na istotność inwestycji we wzroście polskiego PKB zwracał uwagę w ubiegłym

tygodniu prof. Jerzy Osiatyński. Uważa on, że inwestycje będą najważniejszym

czynnikiem wzrostu gospodarczego Polski w najbliższych latach. Takich

wypowiedzi słyszeliśmy już sporo i w poprzednich latach. Można się

zastanawiać, na ile "będą" one najważniejszym czynnikiem, a na ile "powinny

być", bo że powinny być, to chyba wie każdy. Problem w tym, że nadal temu

wzrostowi za wiele nie pomagają. Zdaniem Osiatyńskiego inwestycjami

pierwotnymi powinny być "inwestycje, na które państwo może wpłynąć, a które

będą decydowały o dynamice i potencjale wzrostu, to inwestycje

infrastrukturalne, finansowane zwłaszcza ze środków pomocowych UE,

wspomaganych środkami polskimi". Jego zdaniem, jednym ze skutków

realizowania takich inwestycji będzie poprawa "środowiska

przedsiębiorczości" i dodatkowe pobudzenie inwestycji prywatnych. Panie

Keynesem, mnożnikiem i akceleratoywatyzacji".

"Inne warunki wzrostu gospodarczego to obniżenie wydatków budżetowych w

stosunku do PKB, usunięcie barier prawnych na rynku pracy oraz umocnienie

wymiaru sprawiedliwości." Co z tych elementów znajdziemy w programach

partii, które liderują w sondażach? Mam jeszcze jedno pytanie, ile z tych

elementów jest spójnych?

Na koniec kilka zdań o wykresach. Ostatnie dni upłynęły pod znakiem flirtu z

poziomem szczytu z końca lutego br. WIG20tyg.gif FUTUREStyg.gif Indeksowi

udało się nawet przez chwilę wyjść ponad opór, ale nie udało się tak wysoko

zamknąć żadnej sesji. Tym samym opór nadal obowiązuje. Takie zabawy w

okolicy poważnej bariery kuszą graczy, by zagrać na odbicie się cen. Stąd

cały czas utrzymująca się ujemna baza.gif Niestety dla tej grupy graczy

takie nastroje na rynku utrudniają cenom spadek. Do pojawienia się ruchu

cen, potrzebne są przeciwne nastroje. Stąd do wzrostu potrzebna jest "ściana

strachu", a do spadków nadzieja na odbicie, która skłania do namiętnego

łapania dołków. Sam ruch cen wynika właśnie z zaskoczenia. Ceny rosną nie

tylko dlatego, że ktoś na ten wzrost liczy, ale także dlatego, że ktoś kto

liczył na spadek musi ciąć straty.

W ostatnich dniach dość znacznie wzrosła LOP. Oczekiwania co do dalszego

ruchu cen uległy polaryzacji. Można odnieść wrażenie, że już niewielu graczy

"nie wie", co się stanie w najbliższym czasie. Obozy niedźwiedzi i byków są

już zaludnione. Między nimi znajduje się przestrzeń niczyja, z której ubywa

ludzi. W końcu nadejdzie chwila, gdy obroty siądą i rynek będzie musiał

wykonać ruch. Duża wartość LOP niemal gwarantuje, że będzie to ruch

dynamiczny. Kierunek? Fakt, że utrzymujemy się przez cały czas blisko oporu

i do tej pory podaż nie jest w stanie oddalić cen od tego newralgicznego

poziomu sugeruje, że przewagę mają byki. Za nimi stoi też kierunek

ostatniego trendu oraz wspominane już nastroje. Być może przed samym

wyjściem w górę będziemy mieli do czynienia z jakimś strząśnięciem, ale

myślę, że dojdzie do wybicia w górę. Czy będzie ono skuteczne zależy już od

popytu. Podobną (choć lustrzaną) sytuację mieliśmy w okolicy 1800 pkt. Wtedy

wiele czynników wskazywało na wyjście z konsolidacji dołem. Nawet do takiego

wybicia doszło, ale podaż nie poszła za pierwszym ciosem, co skwapliwie

wykorzystał popyt. Teraz ostateczny wynik potyczki zależeć będzie tym razem

od popytu, który by odnieść sukces nie powinien poprzestać na jednym ataku,

który miałby tylko wybić ceny. To będzie za mało.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama