Idę na spotkanie z prezesem dużej międzynarodowej firmy. Wkraczam do recepcji na ostatnim piętrze budynku klasy A, gdzie prześliczna recepcjonistka, bezbłędnie wymieniając moje nazwisko, zaprasza mnie do ogromnej sali. Czuję się dobrze, siadając na komfortowym fotelu i patrząc na ściany wypełnione produktami firmy. Wierzę w powodzenie zbliżającej się rozmowy handlowej. Jestem dobrze przygotowany.
Zebrałem informacje o prezesie firmy, z którym spotkam się pierwszy raz. Badałem grunt i wiem, że moja oferta trafi w jego potrzeby. Nawet kilkuminutowe spóźnienie klienta nie wpływa na moją wiarę. Wkrótce prześliczna recepcjonistka wprowadza nowego petenta. Na pierwszy rzut oka poznaję, że to jest kandydat, na drugi rzut oka, kandydat na stanowisko przedstawiciela handlowego. Ma świeże, wypucowane buty, nerwowo szuka swojego wizytownika, który włożył w kieszeń koszuli. Patrzy na jedyną pustą ścianę z wielkim skupieniem, jakby chciał opanować odpowiedzi na niezbędne pytania rozmowy kwalifikacyjnej. Jest gorąco, pocą mu się ręce, a na kołnierzyku zawiesza identyfikator: "centrum biznesowe, ul...., gość/wizytator nr 147". Litując się nad jego wyglądem, zaczynam nawet wątpić w siebie. Sięgam po swój identyfikator: jest to nr 013. O, nie! Co za pech! Widzę, jak ze złośliwym uśmiechem ochroniarz dał mi identyfikator, który szybko wziąłem, aby złapać jeszcze otwartą windę i zdążyć punktualnie na umówioną godzinę. Gdybym się tak nie spieszył, mógłbym zauważyć, że dostałem zły numer.
Prezes cały czas się spóźnia, a ja zaczynam się zastanawiać, czy spotkanie ze mną traktuje poważnie. Prześliczna recepcjonistka zbliża się do foteli, gdzie siedzimy. Może do mnie? Nie, do przedstawiciela handlowego. Pyta:
- Pan do pani X?
- Yyy... Tak.