Pchany w górę dzięki zagranicznemu popytowi rynek dopiero na ostatnich kilku sesjach zwolnił tempo. Wczorajszy, dość nieśmiały, a przede wszystkim dokonany przy nieprzekonująco niskich obrotach, spadek doprowadził do zejścia indeksu WIG20 poniżej najwyższego zamknięcia w poprzedniej fali wzrostowej, w lutym 2005 roku. Już sama ta formacja, nazywana przez Victora Sperandeo "2B", nie wróży dobrze posiadaczom akcji. Wszystko odbywa się w atmosferze lekkiego technicznego przesilenia, utrzymujących się już kilka tygodni dywergencji i stopniowego słabnięcia dynamiki wzrostu. Póki co jednak popyt jest popytem i superklarownego sygnału rozpoczęcia korekty nie ma.
Jako, że źródłem popytu są ostatnio w dużej mierze inwestorzy zagraniczni, można spodziewać się, że w najbliższym czasie nasz rynek podatny będzie na sytuację na innych giełdach. Tymczasem indeksy amerykańskie nie wykazują ostatnio jakiejś wielkiej siły, a osłabienie widać - może nawet w większym stopni niż w Warszawie - na innych giełdach regionu. Faktem jest, że po dwóch miesiącach wzrostów bez korekty większej niż 4%, coś "głębszego" po prostu się należy - spadek poniżej 2090 pkt. byłby moim zdaniem sygnałem do większej przeceny.
Pewne znaczenie dla rozwoju sytuacji w najbliższych dniach będą też mieć wyniki spółek za II kwartał. Wydaje się, że rynek już dyskontował wciąż dobre rezultaty banków, oczekuje natomiast - w związku z trwającym jeszcze osłabieniem tempa wzrostu gospodarczego - słabszych wyników większości spółek produkcyjnych.
Do terminu publikacji wyników mamy jeszcze jednak 3-4 tygodnie, w tym czasie rynek musi się czymś zająć; kto wie, może po korekcie i fali świeżych informacji znów powróci wielki entuzjazm.
Zwróć uwagę na: