Z samego rana, w chwilę po otwarciu, nic nie zapowiadało tego co się wydarzyło w dalszej części sesji. Kwadrans po dziesiątej indeks osiągnął szczyt z czwartku, będący jednocześnie kilkuletnim maksimum (2138 pkt). Aktywność była przy tym bardzo niska - zdecydowanie za niska by doprowadzić WIG20 do nowego rekordu. Dzięki temu niewielka w sumie podaż sprowadziła indeks do poziomu piątkowego zamknięcia. Około godziny 11-tej obrót na "dwudziestce" wyniósł 70 mln PLN. Na wykresie minutowym uformował się podwójny szczyt. Wkrótce indeksy europejskie, które sporo urosły jeszcze przed otwarciem giełdy warszawskiej, zaczęły tracić na wartości. W ich ślad poszedł nasz WIG20. Również resztę rynku również opanował niepokój i chęć realizacji zysków. Popyt okazał się bardzo płytki. Niewielkie ilości podaży powodowały spadki niektórych spółek o kilka procent. W efekcie sesja skończyła się 0,8-proc. spadkiem, a powstała czarna świeca nie napawa optymizmem. Jest długa i swym zasięgiem pokrywa w całości poprzednią. Spory spadek zanotował również indeks w Budapeszcie. Duża korelacja naszych giełd potwierdza znaczenie kapitału zagranicznego, który dyktuje ceny w regionie.

Wobec takich uwarunkowań trudno przewidzieć zachowanie rynku w najbliższym czasie. Wydaje się bowiem, że korekta (i ile to tylko korekta) będzie kontynuowana w nadchodzących dniach. Pierwszym wsparciem jest 2100 pkt, ale to za blisko by powstrzymać taką dynamikę spadku. Kolejne - 2070 pkt i wreszcie 2020 pkt. Dużo zależy teraz od USA.

Sporo się mówi o nadchodzących wyborach jako o czynniku decydującym o możliwości głębszego spadku indeksu. Nie przeceniałbym tych informacji. Wszakże wiadomo o tym nie od dziś i rodzimy kapitał pokazał już niewiarę w hossę czego przejawem jest osłabienie na rynku pierwotnym. Popyt generuje głownie zagranica, a ta wydaje się nie przejmować zmianą politycznej warty. Czyżby tamtejsi analitycy całkowicie nie zdawali sobie z tego sprawy? Poza tym większość się zwykle myli, więc może jednak w górę?