Ostatnia sesja tygodnia mogła zadowolić każdego daytradera. Można było zarobić i na spadku, i na wzroście. Mamy tu jednak stały problem analizy rynku już po fakcie. Wtedy łatwo się pisze o możliwości zarobku. Faktycznie było jednak bardzo trudno określić moment zwrotu cen na rynku. Gracze kierujący się jedynie zmianami cen na jednej sesji nie mieli bowiem żadnego poważniejszego punktu oparcia do postawienia zlecenia kupna kontraktu. Ceny najpierw spadały, by później bez żadnej, choćby najmniejszej, konsolidacji zacząć rosnąć. Tym samym wygląd wykresu wczorajszych zmian przypomina literę V.
Czy nie było więc żadnych możliwości zarobku? Były, ale wiązało się to ze sporym ryzykiem. O zysk byłoby znacznie łatwiej przyjmując, że rynek od kilku dni kreśli konsolidację w okolicy szczytu z końca lutego br. Takie założenie pozwalałoby na oczekiwanie, że spadek zatrzyma się w okolicy poziomu wsparcia. Miały nim być (i faktycznie się okazały) okolice lokalnych szczytów wyznaczonych na przełomie czerwca i lipca. To tu należało spodziewać się zatrzymania spadku.
Były także inne wskazówki sugerujące, że przedpołudniowa zniżka nie była początkiem poważniejszego ruchu. Pierwszą taką wskazówką była niska aktywność na rynku kasowym. Niemal całemu spadkowi cen akcji towarzyszył obrót o wartości ok. 100 mln zł. Aktywność wyraźnie wzrosła w chwili wyznaczania dołka oraz w czasie późniejszej zwyżki. Drugim czynnikiem umniejszającym wiarygodność ruchu, był spadek liczby otwartych pozycji. Był jeszcze trzeci - rozciągnięta baza. Był i jest, bo także na zamknięciu notowań jej wartość wyniosła aż -36 pkt. Także i tym razem nie pozostaje nic innego, jak powtórzyć, że większość nie może mieć racji.