- Tak napisał?
- Pan jest widocznie zaskoczony.
- Tak. I tak miałem zamiar zadzwonić do niego.
- Dobrze. Już zająłem panu dużo czasu. Zadzwonię później.
Już mam wyrobione zdanie na temat kandydata. Jednak postanawiam dać mu szansę i zatelefonować do czwartej osoby. Po wstępie słyszę:
- Co u niego słychać? Od dawna nie miałem z nim kontaktu.
- Nie uprzedził pana, że będę pytać o jego referencje?
- Zgodziłem się na to trzy lata temu, ale od tej pory zaginął po nim ślad.
- Chyba trudno będzie panu o nim mówić?
- Powiem, jak go pamiętam. U mnie pracował z wielkim zaangażowaniem. Ale za nic nie umiał przyjąć słowa krytyki. Zamknął się, choć zawsze miał dobrą minę do złej gry. Był bardzo zdolny, ale musiałem się z nim rozstać. Żałowałem i całym sercem życzyłem mu powodzenia. Przy pożegnaniu, kiedy prosił o referencje, strasznie się bał, że go skrzywdzę. Nie chciał mi uwierzyć, że ja absolutnie tego nie chcę. Powiedziałem mu, że jego referencje to jego reputacja. Należy pielęgnować swoje referencje. Dobry wynik jest krótkotrwały, zatem referencje są wieczne.
- Bardzo mi się podoba to, co pan powiedział.
- Sam szukałem ostatnio pracy i musiałem przedstawić listę referencji. Nigdy przedtem nie zbierałem listy referencji i bałem się tego. Postanowiłem zadzwonić do ludzi, aby pozyskać zgodę na udzielenie mi referencji. Choć miałem obawę o posądzenie o próbę manipulacji. Ale dobrze zrobiłem. Odnowienie kontaktów, szukanie nowych namiarów, porozmawianie o przyszłości, zapytanie o losy dawnych znajomych to bardzo mnie podbudowało. Aż jeden z moich szefów mi powDokładnie o to chodzi. Kiedy dzwonimy, żeby sprawdzić referencje, nie tyle liczy się sama treść, ile ich ton. Jeśli ktoś udziela "referencji z sercem" to możemy być pewni, że faktycznie poleca daną osobę.
Wszystkie zdarzenia opisane w felietonie są fikcyjne.