Ostatnia sesja to nic innego jak podtrzymanie czwartkowych nastrojów, gazetowych krzykliwych artykułów o WIG oraz czteroletnich rekordów amerykańskich indeksów. Scenariusz sesji w takim otoczeniu był "oczywisty" - mógłby ktoś powiedzieć. Mimo wszystko ta oczywistość nie pozwalała kontraktom na optymizm, a wręcz powiększała ujemną bazę do ekstremalnych wartości nawet 55 pkt. To tak, jakby jeszcze w środę kontrakty miały bazę minus 67 pkt (sic!).

Oczywiście każdy inwestor jednym tchem wymieni źródła tego pesymizmu... (tutaj pada lista 55 niedźwiedzich argumentów). Tyle tylko, że taka dyskusja na argumenty staje się jałowa, gdy rynek od połowy maja wcale ich nie słucha. Od tego czasu indeksy systematycznie rosną i jako żywo wszystko zaczyna przypominać sytuację z lutego tego roku. Coraz więcej było wtedy ostrzeżeń, że rynek jest przegrzany. Zwrot był dopiero nad 2100 pkt i choć indeksy oddały w kolejnych 2,5 miesiącach całe wzrosty (niedźwiedzie miały rację), to ostatnie 150 pkt tego ruchu wzrostowego było szaleńczą euforią i kosztowało pewnie niejeden depozyt.

Ja osobiście uważam, że liczba argumentów za spadkiem indeksów staje się większa wraz z końcem lipca i utratą byczego impulsu z "window dressing". Teraz rozpocznie się przedwyborczy okres strachu i niepewności. Tylko czy przy bazie minus 50 pkt można mówić o kreśleniu szczytu? Jeśli rynek "niesłusznie", analogicznie jak w lutym, ruszy do ostatniego 150-pkt wzrostu (nawet oddając go w kolejnych miesiącach), to dla kontraktów wyciśnięcie krótkich dzięki tak ujemnej bazie stanie się po prostu zabójcze. A na pewnym etapie będą musiały odpuścić. Można mieć różne poglądy, ale stosunek ryzyka do potencjalnego zysku nie pozwala jeszcze w tej chwili odzwierciedlać niedźwiedzich poglądów w rynkowej pozycji.