Niewielki obrót, powolny i stabilny wzrost, brak istotnych informacji - tak można krótko podsumować poniedziałkową sesję. Tradycyjnie rosły też Budapeszt i Praga. Zagraniczny kapitał nie przerwał zakupów w naszym regionie. Bicie rekordów stało się czymś normalnym, żeby nie powiedzieć nudnym. Do rekordu wszechczasów WIG20 pozostało nieco ponad 200 pkt.

Tradycyjnie rósł KGHM. I to właśnie jemu oraz BZ WBK, PKO BP i Prokomowi zawdzięczamy niemal 1-proc. aprecjację indeksu. Ale zielono było niemal na wszystkich papierach z dwudziestki. Znacznie gorzej natomiast wypadł szeroki rynek. Tu spadki przeplatają się na równi ze wzrostami. Jak wiadomo większość mniejszych spółek nie przyłączyła się do hossy. Nie leżą one w zasięgu zainteresowania dużego zagranicznego kapitału.

Ta letnia hossa jest zaskoczeniem dla... Polaków. Większość z nas widziało i widzi najbliższą przyszłość giełdy w czarnych barwach. Z niezrozumiałych powodów rynek rośnie od kilku miesięcy pomimo zbliżających się wyborów, spodziewanej destabilizacji politycznej. Partie przodujące w sondażach mają zapędy populistyczne, rozliczeniowe, najmniej obchodzi ich gospodarka. Ta nieciekawa wizja skłania większość do sprzedaży akcji. A właściwie skłaniała, co widać właśnie na szerokim rynku, gdzie transakcji jest już bardzo mało. Skala pesymizmu najbardziej jest widoczna na kontraktach terminowych. WIG20 znajduje się niezaprzeczalnie w trendzie wzrostowym już od ponad dwóch miesięcy, tymczasem futures, które powinny wyprzedzać przeszłość, notowane są poniżej, zamiast powyżej indeksu. A dzieje się to od wielu tygodni. Wbrew oczekiwaniom spekulantów grających na kontraktach indeks nie chce spaść.

Ta niewiara może napawać optymizmem. Hossa kończy się wtedy, gdy większość uważa, że wzrosty jeszcze przed nami. W aktualnej sytuacji naszej giełdy nie działają jednak rozproszone siły rynkowe. Brak tu zjawiska masowości. To nie ulica decyduje o popycie i podaży, lecz co najwyżej kilkudziesięciu, czy kilkuset analityków zarządzających w zachodnich bankach inwestycyjnych. Ktoś zapyta komu sprzedadzą potem akcje? A czy muszą? Z dywidendy też można żyć...