Między poranną euforią podobną do wtorkowej a rozpoczęciem korekty dzieliła nas wczoraj z rana bardzo cienka granica. Wystarczyło, by BUX kolejną sesję znowu rozpoczął mocnym wzrostem. Samo otwarcie tego indeksu na plusach pozwoliło na kontraktach na szybki wzrost o następne 10 pkt. Potem jednak któryś z zagranicznych inwestorów powiedział "dość!". Tuż przed otwarciem naszego rynku kasowego przez węgierski parkiet przetoczyła się fala zleceń sprzedaży, a gdy dołączyły polskie akcje, oba rynki spadały solidarnie. Kontrakty zawróciły z drogi do euforii i stanęły nad krawędzią mocnej korekty. "Oczywiście" setki inwestorów to przewidziało. Kolejne setki przewidywały to już 100 pkt niżej, ale nie doczekali do dzisiaj, nie mogąc uzupełnić depozytu z krótkich pozycji (to też w pierwszych minutach handlu kontraktami pomagało popytowi).

Przy takim uzależnieniu od kilku dużych zagranicznych podmiotów trudno mówić o jakimś zachowaniu "giełdowego tłumu". Ewentualnie wyniki KGHM i Pekao mogłyby pozwolić nam na wyróżnianie

się z rynków wschodzących. Na razie pozostaje nam ślepo naśladować ruchy globalnych funduszy.

Ocena sesji, niezależnie od tego, że korekta była zasłużona, musi być jednak negatywna. Rynek po pierwszej godzinie wyprzedaży zupełnie nie miał siły się podnieść, a fundusze jedynie broniły ostatnich zdobyczy. Wyraźnie na tych poziomach zabrakło chętnych do kupowania akcji po korekcie, co przecież w ostatnich tygodniach było nie do pomyślenia. Teraz byki chyba jedynie chciały utrzymać na indeksie lukę hossy z wtorku. Póki co zdecydowanie za wcześnie mówić o końcu trendu wzrostowego. Mamy mocną, zasłużoną korektę, na razie tylko korektę, a jej długość do tej pory zależała tylko od zachowania BUX. Od czwartku/piątku dojdą do tego wyniki KGHM i Pekao.