Ostatnie dni znów stoją pod znakiem rekordowych notowań ropy naftowej. Wczoraj w Nowym Jorku za baryłkę lekkiej ropy arabskiej z dostawą w przyszłym miesiącu płacono nawet 62,50 USD, najwięcej w historii notowań kontraktów. Na Międzynarodowej Giełdzie Paliwowej w Londynie za baryłkę gatunku Brent inwestorzy płacili 61,25 USD, co także było rekordem. Ceny surowca w ciągu minionych siedmiu dni poszły w górę prawie o 5%.

Rozładować gorączki w notowaniach nie pomógł wczorajszy raport o amerykańskich zapasach ropy. Okazało się bowiem, że choć zapasy surowca w zeszłym tygodniu wzrosły o 196 tys. baryłek - gdy rynek oczekiwał spadku o 1,3 mln baryłek - to z drugiej strony bardzo mocno zmalały zapasy benzyn. W przeliczeniu zmniejszyły się one aż o 4 mln baryłek, podczas gdy analitycy prognozowali spadek tylko o 800 tys. baryłek.

Rynkowi eksperci twierdzą, że windowaniu cen ropy wciąż będą sprzyjać kłopoty amerykańskich rafinerii, które ze względu na wysoki popyt na paliwa wśród kierowców (jak zawsze latem) muszą pracować na pełnych obrotach i zdarzają się im awarie - w minionych dniach stanęły m.in. zakłady BP w Teksasie i Exxon Mobil w stanie Illinois. Do tego dochodzi groźba sztormów tropikalnych w rejonie Zatoki Meksykańskiej, skąd pochodzi spora część amerykańskiej ropy. Meteorolodzy spodziewają się w najbliższych miesiącach do czternastu takich sztormów.

W wypowiedziach osób związanych z rynkiem ropy coraz częściej słychać, że wkrótce cena surowca przekroczy kolejną "magiczną" granicę - tym razem 70 USD za baryłkę.