wschodzących.
Czy to już ten moment ? Arcytrudne pytanie i nie zawsze odpowiedź jest
racjonalna - przykładowo końcówka lutego w tym roku, gdy indeksy rosły w
euforii, a potem w maju testowaliśmy tegoroczne dołki. Wtedy też głównym
motorem hossy był napływ kapitału zagranicznego. Z danych Emerging Portfolio
wynika, że do podmiotów lokujących na rynkach wschodzących systematycznie w
ostatnich tygodniach napływały nowe środki. Zresztą patrząc na zachowanie
BUX i WIG wydaje się to wręcz oczywiste. Na naszym rynku dochodzą do tego
rekordowe wartości aktywów funduszy inwestycyjnych, które zyskują na
popularności dzięki obniżkom stóp procentowych (ucieczka od lokat i
obligacji). Jakby mało było gotówki na rynku, "emeryci" w czerwcu zwiększyli
udział akcji w portfelu z 29,8% do średnio 31,46%. Były nowe zakupy akcji ?
Wręcz odwrotnie - biorąc pod uwagę dopływ gotówki z ZUS oraz wzrosty
giełdowych indeksów, to OFE sprzedały w lipcu akcje za około 500 mln zł. To
oczywiście dobra informacja dla rynku. Po pierwsze gdyby do dynamicznych
wzrostów dochodziło przy wypełnionych po brzegi portfelach to OFE byłyby
mocno ograniczone limitem 40%, a po drugie musiałyby zacząć sprzedawać po
dalszych mocniejszych wzrostach i samo to gasiłoby trochę optymizm. Można
jeszcze dodać, że skoro rynek tak dynamicznie rośnie przy skracaniu pozycji
akcyjnych przez fundusze emerytalne, to byczy przeciwnistorów jest tak potężny, że nasz rynek, cierpiący sam
w sobie na nadmiar gotówki, bardzo łatwo jest wprowadzić w kolejną spiralę
wzrostu. Zależy to od wąskiej grupy inwestorów i nie zawsze ma coś wspólnego
zarówno z fundamentami, jak i "emocjami tłumu". Już w kwietniu oczekiwałem,
że zagranica zacznie odwracać się od naszego rynku na przełomie lipca i
sierpnia. Po części ze względu na przedwyborczy gorący polityczny okres, a
po drugie ze względu na sytuację na rynku długu. Może dopiero najbliższe
wtorkowe posiedzenie FED (podwyżka i wyraźna zapowiedź kolejnych) uświadomi
inwestorom kurczącą się premię i rosnące ryzyko inwestowania na rynkach
wschodzących. A może zaskakująco dobre (także dla mnie) wyniki PEO wymuszą
przedłużenie tej fali wzrostowej ? Ale nawet jeśli we wtorek zrobiliśmy
szczyt i faktycznie do wyborów zagranica odpuści sobie nasz rynek, to nie
odważę się teraz tego prognozować. Póki co byczy przeciwnik jest zbyt
mocny, by z nim walczyć. Nawet jeśli jesteśmy przy szczycie trendu
wzrostowego, to zanim zacznie się najbardziej destrukcyjna fala spadkowa, to
najpierw będzie faza dystrybucji, powolnego osuwania i szybkich kontrataków
popytu (jak w czwartek). Tym bardziej, że na rynku jest tyle wolnej gotówki.
Na jedno trzeba tylko szczególnie mocno zwrócić uwagę, choć nie będę
wchodzić w szczegóły, bo wcześniej już to opisywałem, a do tego codzienna
prasa temat rozbierała na części pierwsze. Chodzi o górnicze emerytury i
podpis prezydenta. Nie wierzę, by prezydent podpisał tą ustawy, ale jeśli
tak się stanie, to nie zdziwi mnie natychmiastowa ewakuacja paru
zagranicznych funduszy z naszego rynku. Konsekwencje dla budżetu będą
przecież opłakane i nie ma tutaj znaczenia, że dopiero w kolejnych latach.
Perspektywa strefy euro trochę się oddali, a już na pewno będzie trudniejsza
do osiągnięcia dla następnego rządu, który i tak będzie musiał doprowadzić
do zmniejszenia niektórych wydatków, co i bez ustawy o górniczych
emeryturach będzie bardzo "kosztowne społecznie". Decyzja prezydenta pewnie
w tym tygodniu, choć zależy to od pogody na Helu. Przepraszam, znów złośliwy
jestem ? W kontekście górników jako lekturę obowiązkową polecam artykuł
Witolda Gadomskiego z Wyborczej - "Brońmy naszych pieniędzy".
Obiecałem w zeszłym tygodniu, że napiszę o tym, dlaczego Polkomtel może
wywołać ogromne zamieszenie na rynku kontraktów. Poniżej wspomniany tekst,
będący przedpremierową publikacją artykułu, którzy zapewne ukaże się też w
tym tygodniu w papierowym wydaniu Parkietu:
Zapytałem kilku znajomych, od wielu lat zawodowo związanych z amerykańskim
rynkiem akcji, o metodologię wyliczania indeksów w USA. Żaden z nich nie
znał dokładnie tych dość zawiłych zasad. Ja również. Nie ma po prostu takiej
potrzeby. Tamtejsze indeksy funkcjonują od kilkudziesięciu lat, a zaufanie
do agencji/giełd je wyliczających jest tak duże, że nie spotkałem się nigdy
z krytyką metodologii ich obliczania, ani nawet z dyskusją na ten temat.
Stawiam się więc w niezręcznej sytuacji podjęcia dyskusji o metodologii
wyliczania indeksu WIG20. Powody są trzy. Po pierwsze, jak okazało się w
ostatnich tygodniach, zdecydowana większość inwestorów nie zna tych zasad,
choć mają one znaczący wpływ na rynek kontraktów terminowych. Po drugie, w
przyszłym roku metodologia obliczania WIG20 może doprowadzić do absurdalnej
sytuacji na rynku kontraktów, o czym za chwilę. Po trzecie, zaufanie
inwestorów do GPW jest zgoła odmienne niż do NYSE. Przykład afery z 4 lutego
2004 r. pokazuje, że GPW pewnych dość kłopotliwych sytuacji przewidzieć nie
potrafiła, nie mówiąc już o zapobieganiu (do tej pory trwa jedynie dyskusja
o projekcie zasad anulowania rzednich latach nie
sprawiało to większego problemu. Wartość dywidend i udziały w WIG20 spółek
wypłacających dywidendy nie były tak duże. Obecnie zaczyna to jednak
powodować spore zamieszanie na rynku, czego przykład mieliśmy choćby przy
okazji dywidendy KGHM oraz PKN. PKN wypłaci akcjonariuszom 911 mln zł.,
czyli 2,13 zł na każdą akcję. 28 lipca akcje były notowane już bez prawa do
dywidendy i GPW skorygowała kurs odniesienia o 2,1 zł. Problem polega na
tym, że WIG20 tej korekty kursu nie uwzględniał. Udział PKN w indeksie
wynosił 15%, więc WIG20 spadł aż o 12 pkt. Analogiczną sytuację będziemy
mieli 17 sierpnia. PKO BP zabierze 8-9 pkt. z indeksu.
W związku z tym pojawia się pytanie, jak kontrakty terminowe powinny
uwzględniać widmo dywidendy. Skoro informacja jest powszechnie znana
wcześniej, to inwestorzy powinni dyskontować nieuchronny fakt "spadku"
indeksu. Trudno przecież oczekiwać, by kontrakty reagowały dopiero w dniu
notowania akcji bez prawa do dywidendy. Gdyby tak było, to wystarczyłoby
kupić akcje PKN 27 lipca, sprzedać je następnego dnia, a w międzyczasie
otworzyć krótkie pozycje na kontraktach terminowych na WIG20 i zainkasować
12 pkt., gdy indeks spadnie o wartość wypłacanej nam dywidendy. Oczywiście
mówię o przykładzie modelowym, bo rynek okazji do takiego tzw. "free lunch"
prawie nigdy nie daje. Dlaczego GPW takie okazje umożliwia, a rynek musi je
niwelować nieefektywną wyceną kontraktów ?
W przyszłości problem dla inwestorów może być naprawdę poważny. Vodafone i
TDC chcą dokupić do swoich udziałów 46% akcji Polkomtela, między innymi od
spółek PKN Orlen i KGHM, które mają po prawie 20% udziałów. Można założyć,
że w przypadku zgody na 25% premię za pakiet kontrolny, spółki dostaną za
swoje akcje około 3,5 mld zł każda i cały zysk (z tej transakcji) mogłyby
przeznaczyć na wypłatę dywidendy. Szczególnie KGHM cierpiałaby na nadmiar
gotówki. Policzmy na dzisiaj. Skoro 911 mln zł dywidendy PKN daje 2,13 zł na
akcje, to 3,5 mld zł dywidendy dałoby teraz 8,2 zł na akcje (kurs około 53
zł). W przypadku KGHM przy 400 mln zł dywidendy przypadło 2 zł na akcje,
więc dywidenda 3,5 mld zł dałaby aż 17,5 zł (kurs 37 zł). Może więc dojść do
sytuacji, w której utrata prawa do dywidendy zabiera z kursu PKN 15,5%, a w
przypadku KGHM aż 47%. Spółka PKN przy udziale w WIG20 15% i "spadku" kursu
o 15,5% powoduje spadek indeksu o 2,3%, czyli na dzisiaj jakieś 50 pkt. Z
kolei KGHM przy udziale w WIG20 w okolicach 12% i "spadku" kursu 47% zabiera
z indeksu 5,6%, czyli około 120 pkt. Obie spółki doprowadzają do "przeceny"
WIG20 w sumie aż o 170 pkt, mimo że tak naprawdę warunki rynkowe nie uległy
zmianie.
Co mają zrobić inwestorzy otwierający pozycję na kontraktach terminowych na
indeks WIG20 ? Jeśli kontrakty dywidend nie zdyskontują, to musiałyby w
ciągu jednego dnia odwzorować prawie 8% "spadek" indeksu. A jeśli mają
dyskontować, to tak naprawdę dalej możliwy jest jednorazowy absurdalny
spadek kontraktów w momencie, gdy scenariusz wypłaty tak dużych dywidend
stałby się realny. O kontraktach terminowych na akcje tych spółek nawet nie
wspominam. Chętnie poznam opinię władz giełdy w tym temacie, lub ewentualnie
słowo otuchy, pokazujące że to "światowy standard". Uprzedzam jednak z góry,
że powoływanie się na praktykę niektórych rozwiniętych rynków będzie mało
sensowne. Spółki z czołówek zachodnich indeksów, dla których metodologia
obliczania jest podobna do WIG20, nie mają 15% udziałów w indeksie, ani też
nie ma szans na tak gigantyczne dywidendy (w skali rynku). Nawet w mało
licznym Dow Jones (30 spółek) musimy wziąć trzy największe spółki dla
osiągnięcia udziału porównywalnego do udziału PKe nikogo do zmian nie
zmuszę. Można zachować status quo, ale w takim wypadku w warunkach obrotu
kontraktami (strona 11) oprócz ryzyka płynności oraz ryzyka rynkowego należy
dopisać ... ryzyko dywidendy.
Dodam na koniec, że Standard & Poor na moje pytania odnośnie metodologii
obliczania indeksu odpowiedział wyczerpująco w ciągu 15 minut od wysłania
e-maila. Właśnie na takich światowych standardach GPW powinna się wzorować.
[email protected]