W trwającej od 17 maja fali wzrostowej wartość WIG20 zwiększyła się już prawie o 25%. Tempo zwyżki jest niemal tak samo wysokie jak latem 2003 roku, kiedy hossa znajdowała się w szczytowej fazie. Choć w zwyżce biorą udział zupełnie inne grupy spółek (wtedy - przede wszystkim średnie firmy produkcyjne, teraz - głównie banki i spółki surowcowe), to schemat zachowań inwestorów może być ten sam. Przed dwoma laty kursy do zbyt wysokich poziomów wyciągnęli krajowi gracze instytucjonalni, teraz podobnie zachowują się inwestorzy zagraniczni. Dlatego przypuszczam, że krótkoterminowy zwrot może być gwałtowny i spowodować równie dotkliwy spadek jak we wrześniu 2003 roku. Bez żadnego praktycznie sygnału ostrzegawczego WIG20 obniżył się wtedy ponad 13%. Jeśli natomiast korektę poprzedzać będzie nerwowa konsolidacja, jak w marcu 2000 roku, skutki mogą być dużo bardziej dotkliwe, z tym że inwestorzy dostaną więcej czasu na reakcję.

Wczoraj otrzymaliśmy ostrzeżenie, że większa korekta jest blisko i do jej wywołania nie trzeba żadnego praktycznie racjonalnego powodu. WIG20 spadł drugą sesję z rzędu i tym samym próba wybicia ponad zbudowany 2 sierpnia wierzchołek zakończyła się niepowodzeniem. Do zmiany trendu krótkoterminowego na malejący potrzeba spadku poniżej lokalnego dołka na 2234,6 pkt. Taki scenariusz sygnalizuje zachowanie węgierskiego BUX, na wykresie którego, po wczorajszej przecenie o 1,8%, zaznaczyła się przewaga podaży.

Za kontynuacją trendu wzrostowego nie przemawiają wyniki finansowe spółek za drugi kwartał. 129 firm (w tym 6 banków), uwzględnionych w zestawieniu (niektóre na razie podały tylko raporty jednostkowe), zarobiło łącznie w drugim kwartale 2005 2,5 mld zł. Przed rokiem było to 2,6 mld zł. Zysk netto spadł zatem o 3%, a wyłączając banki o 10%. W I kwartale 2005 roku obniżył się, w odniesieniu do analogicznego okresu rok wcześniej, o 16% (dla wszystkich spółek bez banków). Na razie nie możemy mówić o przełamaniu negatywnej tendencji i sytuację tę trudno będzie zmienić nawet PKN-owi.