W ostatnich tygodniach różne miary globalnego apetytu inwestorów na ryzyko ponownie znalazły się w okolicach rekordowych poziomów. Tradycyjnie do pomiaru stosunku inwestorów do ryzyka używa się takich wskaźników jak spready obligacji krajów wschodzących czy też obligacji korporacyjnych o niższych ratingach, zachowanie ceny złota czy franka szwajcarskiego (traktowanych jako bezpieczne lokaty), różne miary sentymentu (np. Investors Intelligence, Put/Call Ratio) itd. Ostatnio złożony z tego typu wskaźników Risk-Love Indicator dla rynków wschodzących obliczany przez globalnych strategów Smith Barney znalazł się na najwyższym w historii (dane od 1992 roku) poziomie. Poprzednie historyczne rekordy ustanawiane były w latach 1994 oraz 1997. Nowy rekord apetytu na ryzyko został ustanowiony na poziomie wyższym od długoterminowej średniej o całe 2 odchylenia standardowe. Nawiasem mówiąc w swym niedawnym przeglądzie ponad 30 historycznych "baniek inwestycyjnych" Jeremy Grantham (słynny zarządzający z ponad 35-letnim stażem, którego firma GMO zarządza się aktywami o wartości ponad 80 mld dol.) użył właśnie 2 odchyleń standardowych od długoterminowego trendu jako kryterium identyfikacji "baniek".
W obecnym cyklu złożone miary globalnego apetytu na ryzyko już dwukrotnie trafiały na bliskie rekordowym poziomy: w I kw. 2004 oraz w I kw. tego roku. Dwukrotnie kończyło się to korektą cen na rynkach "wschodzących" (MSCI EM Index maksymalnie -17% oraz -9%) oraz na krajowym rynku akcji (dwukrotnie po 10% na WIG). Oczywiście przejściowe spadki nijak się nie miały do doświadczeń z lat 1994-1995 czy 1997-1998, kiedy to inwestowanie w okresach analogicznej rekordowej beztroski inwestorów okazywało się z czasem wielce bolesne. Nawiasem mówiąc WIG wyrażony w amerykańskich dolarach znajduje się obecnie (podobnie jak w marcu) na poziomie szczytu hossy z marca 1994 roku. To oczywiście nic nie znaczy, ale daje mniej więcej dobre wyobrażenie o długoterminowych losach inwestycji czynionych w momencie, gdy prawie nikt nie zwraca uwagi na ryzyko.