Kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się, że wreszcie rozpoczyna się budowa pierwszego odcinka autostrady A-1. Cóż za niebywały sukces! Ta informacja jest, paradoksalnie, kolejnym potwierdzeniem tezy, że system koncesyjny, który wprowadzono w Polsce w połowie lat dziewięćdziesiątych, kompletnie się nie sprawdził.
Budowa wspomnianej autostrady rusza osiem lat po przyznaniu koncesji. W innych miejscach Polski jest tylko nieznacznie lepiej. Zresztą, jeśli już jakieś odcinki powstają, to koszty korzystania z nich są abstrakcyjnie wysokie. 11 złotych za przejazd pierwszą płatną autostradę z Krakowa do Katowic czy 22 złote za szybki przejazd z Poznania do Konina, to stawki nie do przyjęcia dla zdecydowanej większości Polaków. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej w przypadku samochodów ciężarowych. Koszty rosną bowiem dwukrotnie. W efekcie równoległe drogi o niższym standardzie są potwornie zatłoczone. Cierpią na tym mieszkańcy okolicznych miejscowości, bo powoduje to poważne utrudnienia w lokalnym ruchu, zwiększa zanieczyszczenie środowiska, pogarsza bezpieczeństwo, o opóźnianiu transportu już nie wspominając.
Kilka dni temu poruszałem się autostradą Poznań-Konin. Na trasie spotkałem może trzydzieści innych pojazdów (odcinek ma ponad 90 kilometrów), w tym dwa samochody policyjne. Komfort jazdy zatem niebywały i niedostępny na innych polskich drogach. Pytanie tylko, czy rzeczywiście o to chodzi? Nie dość, że autostrad, po prawie dziesięciu latach obowiązywania programu ich budowy, jest jak na lekarstwo, to jeszcze są one potwornie drogie.
Opóźnienia wynikają z różnych względów, ale najważniejszym z nich są pieniądze. Inwestorzy domagali się poważnego wsparcia finansowego ze strony państwa (w formie konkretnych środków lub gwarancji), którego albo nie otrzymali, albo otrzymali po latach starań. Problem w tym, że nikt nikomu nie kazał startować w przetargach. Zakres ewentualnej pomocy państwa był od początku dość jasny, zrzucanie winy na brak pomocy z budżetu jest zatem w tym przypadku mocno na wyrost. Faktem jest jednak, że poszczególni ministrowie odpowiedzialni za infrastrukturę z rozwiązaniem problemu sobie nie radzili.
Jeśli rzeczywiście będziemy zmniejszać w najbliższych latach deficyt budżetowy, to finansowanie budowy infrastruktury drogowej ze środków publicznych nie powinno stanowić problemu. Z pewnością znaleźliby się chętni na np. "obligacje autostradowe" gwarantowane przez państwo. Moglibyśmy w ten sposób pozyskać nawet 20-30 mld złotych. Dodając do tego środki z Unii Europejskiej otrzymujemy kwotę potężną, za którą można zbudować, nawet według stawek obowiązujących na A-1, tysiące kilometrów nowych dróg.