Ocena stanu polskiej gospodarki przez pryzmat wskaźników makro może w ostatnim czasie pozostawiać wiele do życzenia. Dzieje się tak głównie za sprawą osławionych efektów bazowych. Wbrew pozorom nie jest łatwym zadaniem oczyszczenie z nich danych już opublikowanych czy spodziewanych w przyszłości. Dla przykładu można podać, że dane o PKB za I kw. wydają się słabsze, niżby to wynikało z efektu bazy, natomiast dane o sprzedaży detalicznej, począwszy od kwietnia wydają się nieco lepsze, niż powinny, przy uwzględnieniu informacji sprzed roku.
W konsekwencji nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy. Jest tak źle, jak pokazują dynamiki rachunków narodowych, a może lepiej, a może zdecydowanie gorzej? Istnieje ciekawe i prawdopodobnie słuszne wyjaśnienie przynajmniej części problemów z "trafialnością". Jest nim częstsze niż zazwyczaj pojawianie się silnych impulsów jednorazowych oraz ujawnianie się znaczącego wpływu czynników dotąd niezbyt istotnych.
Weźmy za przykład wyraźnie lepsze od oczekiwanych wyniki handlu detalicznego z maja i czerwca (tak naprawdę lepsze od oczekiwanych były też wyniki kwietnia - mimo że sprzedaż była wtedy o 14,4% niższa niż przed rokiem). Niby można tu podać interesujący zestaw czynników: weszliśmy w echo słabej bazy, a dodatkowo poprawie ulegał fundusz płac (tak ze względu na wzrost przeciętnego uposażenia, jak i ze względu na większą liczbę pracujących) oraz spadła inflacja, dzięki czemu dynamika płac w ujęciu realnym wyraźnie przekraczała wzrosty nominalne. Ale tak naprawdę są one zbyt słabe, by poprawić roczną dynamikę sprzedaży do 8% w maju i 10,5% w czerwcu. Czegoś brakuje.
Zazwyczaj szacunki popytu opiera się na oczekiwanych wielkościach funduszu płac w sektorze przedsiębiorstw, sferze budżetowej czy też o spodziewane kwoty, które wypłacone zostaną emerytom i rencistom. Pomijane są zaś dane o możliwym popycie ze strony rodzin przedsiębiorców, pracowników najemnych niewielkich firm czy rolników. Bardzo trudny do oszacowania jest też faktyczny strumień dochodów skierowanych na rynek przez osoby pracujące za granicą (lub ich rodziny) - a tych po wejściu Polski do Unii znacząco przybyło. Prawdopodobnie tym razem wkład w popyt grup zazwyczaj pomijanych w szacunkach okazał się znaczący, choć głównym pytaniem pozostaje - czy trwały?
Po czym więc poznać, czy rosną oczekiwania co do bieżącego i przyszłego poziomu koniunktury? W przypadku firm najważniejszy wydaje się poziom zatrudnienia. Wszak bez poczucia, że sprzedaż się poprawi, o zwiększeniu zatrudnienia nie ma co nawet myśleć. Pomocnicze mogą być tu informacje o przyspieszeniu tempa wymiany floty czy nowych przedsięwzięciach informatycznych. W przypadku osób prywatnych kluczowa w zbadaniu oczekiwań co do koniunktury może być ocena skłonności do długoterminowego zadłużania się (i to nawet w kilkudziesięcioletnim wymiarze) - czyli popyt na kredyty mieszkaniowe. Wszak trudno sobie wyobrazić, by znaczące zobowiązania brały na siebie osoby wyjątkowo niekorzystnie oceniające przyszłą koniunkturę.