Biorąc pod uwagę rekordowy poziom piątkowych obrotów na spółkach z WIG20 (który często jest zapowiedzią zmiany nastrojów na rynku), zeszłotygodniową euforię na spółkach surowcowych oraz dość nerwową wczorajszą korektę w Budapeszcie, można się było spodziewać rozpoczęcia silniejszego spadku. Tymczasem rynek trzymał się mocno, a podaż właściwie w ogóle nie naciskała (obroty wyniosły tylko 538 mln zł). To dobrze świadczy o rynku i potwierdza tezę, że piątek nie był jeszcze punktem zwrotnym. Oczywiście bardzo wiele zależy od obrazu notowań po powrocie inwestorów zagranicznych (wczoraj w USA nie było sesji), ale w krótkim terminie byki nie powiedziały chyba ostatniego słowa.

W dłuższej perspektywie ocena sytuacji nie jest już tak oczywista. Pojawia się coraz więcej czynników znacznie zwiększających ryzyko inwestycyjne, a nawet grożących dynamicznym załamaniem cen. Zeszłotygodniowy "paliwowy" hurraoptymizm przy niespotykanych obrotach na giełdach naszego regionu, hiperboliczne kształty BUX i PX50 oraz zaskakujący brak reakcji amerykańskich indeksów na zniszczenia Katriny, która wg niektórych prognoz może "ująć" nawet 1% z amerykańskiego PKB, to najważniejsze zagrożenia trwającej hossy. Byczym argumentem pozostaje baza na rynku terminowym GPW, która wciąż nie wskazuje na skrajnie optymistyczne nastroje. Specyfika naszego rynku w przeszłości powodowała, że czynnik ten miał bardzo wysoką sprawdzalność w momentach silnego zwrotu na rynku (w przypadku hossy kontrakty notowane były dużo wyżej niż indeks), jednak lokalny szczyt z 28 lutego bieżącego roku temu zaprzecza (kontrakty notowane były 11 punktów poniżej indeksu).

Na razie rynek przypomina walec, który siłą trendu miażdży wszystkie przeszkody na swojej drodze, co jednak się stanie, jeśli walec stanie na skraju przepaści?

Zwróć uwagę na:

Computerland - spółka po długim okresie uśpienia wyraźnie odżyła na ostatnich kilku sesjach