W czasie kiedy Amerykanie obchodzą wyjątkowo smutne Święto Pracy, notowania w Europie rosną. Wzrostowy scenariusz, który gwarantowany był niejako przez huragan Katrina, na razie realizuje się przede wszystkim na Starym Kontynencie. Nie znaczy to, że giełdy za Atlantykiem są daleko w tyle. S&P 500 w trzech z czterech tygodni zakończonych w sierpniu zanotował wyraźną stratę. W ostatnim zyskał ponad 1%. Piątkową przecenę można zatem interpretować jako ruch powrotny do trzytygodniowej linii trendu spadkowego, przebitej w środę. Za S&P 500 nie nadąża, niestety, Nasdaq Composite, co sugeruje, że przyczyną zwyżki jest oczekiwanie na skrócenie cyklu podwyżek stóp procentowych, a nie wysokie tempo wzrostu tamtejszej gospodarki. Na pogorszenie koniunktury wskazują zresztą opublikowane w zeszłym tygodniu wskaźniki makro.
Indeksy europejskie w znacznym stopniu zbliżyły się do tegorocznych szczytów. Najbliżej nowego rekordu jest londyński
FT-SE 100, któremu do wierzchołka z 10 sierpnia brakuje już tylko niecały 1% Paryski CAC-40 i frankfurcki DAX znalazły się dokładnie w tym samym punkcie - na linii szyi formacji głowy z ramionami, z której obydwa indeksy wybiły się w dół pod koniec zeszłego miesiąca. Wprawdzie zasięg spadku został już zrealizowany, a trend długoterminowy sprzyja posiadaczom akcji, niemniej nie gwarantuje to powrotu do hossy.
Dla emerging markets w naszym regionie zachowanie rynków dojrzałych nie jest żadnym drogowskazem. Dlatego wczoraj zanotowaliśmy istotne spadki, które w największym stopniu dotknęły giełdę węgierską. W odniesieniu do piątkowego zamknięcia BUX stracił 2,2%, a zakończenie poniedziałkowej sesji wypadło 2,8% poniżej dziennego maksimum. Podobny przebieg notowań na początku sierpnia (w ciągu dnia wartość indeksu spadła o 2,7%) sygnalizował rozpoczęcie 2-tygodniowej korekty, w trakcie której BUX stracił ponad 5%. Warto jednak zwrócić uwagę, że notowania na rynku w Budapeszcie rosły w tym roku w najszybszym tempie w Europie środkowowschodniej.