Według wydanego wczoraj raportu S&P, przez ostatni rok średnie ceny nieruchomości w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Francji wzrosły o co najmniej 10%. Boom napędza rosnąca populacja, niewielka liczba prowadzonych nowych inwestycji budowlanych oraz niskie stopy procentowe - uważają autorzy opracowania.
Według Jeana-Michela Siksa, głównego ekonomisty S&P ds. gospodarki europejskiej, w dłuższym okresie dwucyfrowej dynamiki zwyżki cen domów i mieszkań nie da się na Starym Kontynencie utrzymać. W jego opinii, bardziej prawdopodobne jest jednak stopniowe spowalnianie koniunktury, aniżeli nagłe załamanie.
Na problem rozgrzanego rynku nieruchomości zwrócił też wczoraj uwagę szef Europejskiego Banku Centralnego Jean-Claude Trichet. - Dynamikę cen nieruchomości trzeba pilnie monitorować - stwierdził Francuz, przemawiając przed Komisją ds. Gospodarki i Polityki Monetarnej Parlamentu Europejskiego.
Załamanie na rynku nieruchomości często przekłada się na głębszy kryzys gospodarczy, czego najjaskrawszym chyba przykładem są doświadczenia Japonii sprzed kilkunastu lat. Jednak i samo ochłodzenie koniunktury może dać efekt w postaci niższych wydatków konsumentów, które i tak zostały już ograniczone ze względu na astronomiczne ceny paliw.
Six twierdzi, że rynek nieruchomości się nie załamie, ponieważ wpływ na to mają przemiany społeczne. Choć liczba mieszkańców Europy zapewne zmniejszy się w nadchodzących latach, to coraz więcej małżeństw się rozwodzi i małżonkowie zamieszkują osobno, a młodzi wcześniej niż kiedyś chcą znaleźć się na swoim. Dodatkowo wśród konsumentów panuje moda, żeby mieć mieszkania na własność, a nie wynajmować.