Pozwoliłem sobie w zeszłym tygodniu napisać, że trwającą od marca 2003 roku hossa od bańki internetowej odróżnia m.in. brak wyścigu analityków na coraz wyższe wyceny spółek. No i się zaczęło. Erste wycenił jedną akcję PKN na ponad 70 zł i dał rekomendację "kupuj" (co jeden z komentatorów zinterpretował jako "kupuj od Erste). Wczoraj agencja Reutersa podała, że Merrill Lynch wycenia Telekomunikację na 30,5 zł, a Citigroup zaleca przeważanie w portfelu akcji notowanych na warszawskiej giełdzie. A wszystko to z rekordem wszech czasów w wykonaniu WIG20 w tle. Nie chcę w tym miejscu napisać, że to już szczyt i teraz będzie tylko taniej, bo stan podekscytowania może się utrzymać nawet przez dłuższy czas. Dodatkowo bardzo rzadko zdarza się, żeby do zmiany trendu dochodziło gwałtownie. Zanim w 2000 roku rynek ruszył na południe mieliśmy miesiąc konsolidacji, przy wysokiej zmienności i obrotach w granicach 1 mld zł na sesję. Z drugiej strony, kiedy do zwrotu dochodziło tylko na pewnej grupie rynków wschodzących, jak np. w lutym 1997 roku, zwrot następował praktycznie z dnia na dzień. Warto zatem być gotowym na wszystko, bo kiedy warszawska giełda zaczyna być wśród liderów hossy, z reguły nie wróży to nic dobrego.

Grupa spółek uwzględnianych przez inwestorów zagranicznych jest wciąż mocno ograniczona. Po raz kolejny na pozycji lidera doszło do wymiany między spółkami surowcowymi i bankami. Teraz górą są te drugie - wczoraj największy wzrost w grupie WIG20 zanotował PKO BP. Dlaczego akurat ta spółka - wydaje się, że jedynym wytłumaczeniem jest fakt, iż do tej pory jej kurs wzrósł najmniej spośród liczących się firm. W przypadku PKO trudno jest bowiem mówić o wysokiej dynamice zysków czy korzystnych rekomendacjach. Spółka nie dostała w tym roku żadnej zachęcającej do kupna rekomendacji, a ostatnia, wydana przez CAIB pod koniec sierpnia brzmi "redukuj". Widać jednak, że w tej chwili nic nie jest w stanie powstrzymać inwestorów zagra-

nicznych przed kupnem polskich akcji.