W niedawnej rozmowie zagraniczny dziennikarz ze znanego czasopisma zapytał mnie, czemu w kampanii wyborczej i programach wyborczych partii tak mało jest konkretów na temat gospodarki.
Usiłując szybko odpowiedzieć na to pytanie, stwierdziłem - w dość oklepany sposób - że różnice w poglądach ekonomicznych partii politycznych są w Polsce mniejsze niż w normalnych, stabilnych gospodarkach rynkowych. Że partie nie mają swoich tradycyjnych, silnych elektoratów i walczą o poglądy osób niezdecydowanych (a więc lewica nie reprezentuje uświadomionych klasowo robotników, a prawica - przedsiębiorców i kapitalistów, tylko obie walczą o dusze wyborców z różnych warstw społeczeństwa). Że istnieje - przynajmniej w partiach odpowiedzialnych - rodzaj cichej zgody na temat kierunków reform polskiej gospodarki.
Nikt do tego się na głos nie przyzna, ale przecież wszystkie główne partie uważają - w zasadzie - że należy prywatyzować przedsiębiorstwa i ograniczać deficyt budżetowy. Mogą istnieć różnice w poszczególnych sprawach, np. prywatyzacji PGNiG, ale żadna z odpowiedzialnych partii nie powie, że firmy państwowe są lesze od prywatnych albo że wysoka inflacja jest korzystna dla wzrostu gospodarczego. Że tym prawdopodobnie można wytłumaczyć fakt, iż mimo wielokrotnych zmian rządów w ciągu minionego 15-lecia, linia polityki gospodarczej kolejnych ministrów finansów i szefów NBP pozostawała w zasadzie niezmienna, choć realizowana z różnym animuszem i różną skutecznością. Dlatego właśnie, nie znajdując dobrego pola do walki na płaszczyźnie gospodarczej (jak to zazwyczaj ma miejsce w demokracjach zachodnich) - rywale z daleko większym zapałem kłócą się o lustracje, teczki i warunki dopuszczalności aborcji.
To była jednak w znacznej mierze wersja eksportowa, eksponująca pozytywne strony omawianego zjawiska. Dochodzi do tego jednak również i wersja mniej optymistyczna. Można obawiać się, że większość partii politycznych (przynajmniej tych z głównego nurtu polskiej polityki) po prostu nie ma jasnych, wyrazistych poglądów gospodarczych. Większość z nich nie wie, czy chce tak naprawdę podatku liniowego, czy wysokiej progresji, czy chce podwyżki VAT, czy obniżki, czy chce wprowadzenia euro, czy nie, czy chce doprowadzenia do końca prywatyzacji, czy posuwania się tylko krok po kroku. Wiedzą za to, że trzeba jak ognia unikać wypowiedzi, które mogą przestraszyć lub rozgniewać elektorat, zwłaszcza złożony z ludzi niezdecydowanych. A wobec tego, wolą trzymać się w dyskusji tych pól, na których czują się dobrze, uważając, że z gospodarką i tak się jakoś ułoży.
I kto wie, może mają rację. Bo gdy gospodarki tylko nie psuć, ona potrafi sobie dać radę.