To będzie najbardziej osobisty felieton, jaki zdarzyło mi się napisać. Będę się w nim użalać nad sobą i załatwiać swoje prywatne porachunki. Przyznam się do kilku słabości. W zasadzie to nawet nie wiem, czy redakcja ten tekst mi wydrukuje, ale piszę go, bo inaczej rozsadzi mnie frustracja. W tym miejscu zdradzę, że jak się we mnie gotuje, to bardzo lubię komuś przywalić. Dziś nie jest inaczej. No cóż, ostrzegałem.
Nie radzę sobie. Jestem słaby. Często przegrywam i właściwie sprawia mi to przyjemność. To rodzi we mnie samym podejrzenia o masochizm. Mam 32 lata, 192 cm wzrostu i 95 kg. To nie są dobre parametry, jak na halowego piłkarza, ale ja gram. Dodatkowo miałem kilka lat przerwy. Więc teraz nie bardzo wiem, po co na boisku jest piłka. Kiedy do mnie leci, czuję panikę, bo nie wiem, co mam z nią zrobić. Ledwo ją przyjmuję i podaję. Najczęściej niecelnie. Do tego stopnia, że koledzy dość niechętnie do mnie zagrywają.
Ale to jeszcze nie koniec. Koledzy z litości powierzyli mi funkcję menedżera drużyny Parkietu. Kiedy wróciłem do gry, sam mianowałem się jej kapitanem. Bierzemy udział w rozgrywkach Amatorskiej Ligi Biznesu, w której grają "firmowe" drużyny i jesteśmy przeciwieństwem londyńskiej Chelsea. Tracimy gigantyczną liczbę bramek, a strzelamy ich niewiele. Proszę się nie dziwić - w redakcji jest nas zaledwie kilku piłkarzy i gramy wszyscy. Pomagają nam koledzy, którzy kiedyś w gazecie pracowali. Naszą gwiazdą jest Tomasz Jachimek, którego część z Państwa zna z występów w telewizji. Nim został kabareciarzem, pisał w Parkiecie teksty o Narodowych Funduszach Inwestycyjnych. Gdyby nie on i nasza ambicja, to byłoby już dno absolutne. Ale i tak zdarzyło nam się przegrać 1:26.
Mimo to na każdy mecz czekam i chodzę z radością. Bo jestem dumny z mojej drużyny. Choć zdarza się nam wściekać na siebie, to zawsze walczymy o zwycięstwo. Ale w czwartek, ten sam, w którym Wisła doznała bolesnej klęski z Vitorią, coś we mnie pękło. Być może porażek zebrało się za dużo i czara goryczy się przelała. Przeciwnicy byli młodsi i wybiegani. Grali z polotem, długo utrzymywali się przy piłce i bezlitośnie nas punktowali. Zastępowałem bramkarza i puściłem 12 bramek. Tomek Jachimek strzelił jedną i wynik brzmiał 1:12.
Po prostu się wściekłem. W przerwie (było chyba 0:6) podszedłem do przeciwnika i zapytałem: