Ostatnie miesiące były potwierdzeniem dość starej prawdy, iż "zagranica" bardziej optymistycznie niż "kraj" oceniała perspektywy naszego rynku. Można oczekiwać, że perspektywa sformowania rządu opartego o teoretycznie stabilną większość umocni zagranicę w przekonaniu, że Polska warta jest zachodu. Nie sądzę jednak, by wynik wyborów zmienił pewną rozbieżność ocen polskiej gospodarki formułowanych przez "kraj" i "zagranicę". "Kraj" bowiem jest bardziej od zachodnich analityków wyczulony na konkrety, a nie deklaracje. A na konkrety przyjdzie nam jeszcze poczekać. Zwłaszcza, że już za kilkanaście dni - kolejne wybory, tym razem prezydenckie. W kontekście wyników z niedzieli, stają się one jeszcze ważniejsze dla rynku finansowego.
Przed politykami stoją już teraz decyzje o fundamentalnym dla nas wszystkich znaczeniu. Tymczasem, mimo podkreślanej od czasu do czasu generalnej woli do tworzenia wspólnego rządu, tak naprawdę nic nie było do końca jasne. W czasie kampanii sprzeczne deklaracje i kłótnie potencjalnych koalicjantów dotyczyły m.in. tak zasadniczej kwestii, jak perspektywa przyjęcia euro. Podkreślam to, bo w debacie publicznej problem ów został sprowadzony błędnie do problemu zmiany samej waluty. Tymczasem jest to w istocie pytanie o gwarancje naszego narodowego bezpieczeństwa finansowego. Ewentualna decyzja o rychłym przyjęciu euro to jedyny obecnie realny sposób na zobowiązania polityków do faktycznej sanacji finansów publicznych, do utrzymywania dyscypliny wydatkowej budżetu, do ograniczania zabójczego dla naszych firm zjawiska wypierania ich z rynku kapitałowego przez uprzywilejowanego emitenta - zachłanne i marnotrawne państwo... Stosunek do kwestii euro jest więc praktycznym probierzem prawdziwych intencji polityków. W pewnym sensie, dla naszego wspólnego dobra, od samego euro, ważniejsza jest realność zachowania dyscypliny koniecznej dla konwergencji nominalnej. Bo tylko naiwny optymista może wierzyć, że bez związania rąk rozrzutnym politykom (właśnie przez konkretne zobowiązania związane z procesem przyjmowania euro), dyscyplinę ową będzie można utrzymać.
Ale nie tylko o bezpieczeństwie finansowym mowa. Wybór euro jest wyborem strategicznym, analogicznym do wcześniejszego, na szczęście skutecznego, dążenia do członkostwa w NATO, a potem - w Unii Europejskiej. Oczywiście tak, jak trudno nie widzieć brukselskiego pomieszania biurokracji, etatyzmu i i quasi-socjalistycznych naleciałości, tak nie sposób nie dostrzec ułomności strefy euro (wynikających głównie z braku konsekwencji jej kilku kluczowych członków). Ale, mimo krytycznego stosunku do samych struktur, zarówno wyborcy, jak i politycy muszą mieć świadomość przyszłych konsekwencji braku odpowiednich decyzji dziś. Przy niepodważalności naszej odrębności narodowej, od tego jak bardzo zintegrowani będziemy gospodarczo z Zachodem, zależeć może nasze być, albo nie być w przyszłości. Chodzi bowiem o to, by nasze ewentualne problemy strategiczne były także automatycznie wielkim problemem Europy. By zagrożenie dla naszych interesów narodowych było zagrożeniem dla interesów Europy. I zachętą do ich wspólnej obrony. Członkostwo w strefie euro byłoby kolejnym - po NATO i UE - krokiem w tym kierunku. Wątpię, by zdawali sobie z tego sprawę politycy wybierani wczoraj. Pozostaje wierzyć, że świadomość tego aspektu kłótni o euro ma tych parę osób, które będą liczyć się w wyborach prezydenckich. Warto by świadomość stawki w tej grze mieli także wyborcy. n
Autor jest analitykiem rynkowym i wieloletnim felietonistą Parkietu. Powyższy tekst jest wyrazem wyłącznie jego osobistej wiedzy i poglądów i nie może być inaczej interpretowany.