Reklama

To sting or not to sting

Organizator podzielił użytkowników na lepszych i gorszych. Czy wszyscy pozostaną lojalni?

Publikacja: 27.09.2005 08:39

Żądlić czy nie żądlić (ang. to sting or not to sting) - oto jest pytanie. Zrodziło się po koncercie Stinga - brytyjskiego muzyka, zaproszonego do Warszawy przez operatora telefonii komórkowej, który chciał utrwalić klientom nową nazwę.

Operator zaprosił na koncert przede wszystkim swoich klientów. Przez kilka tygodni rozdawał im wejściówki za punktualnie wysłanego SMS-a. W ostatnią sobotę zachwyceni zaproszeni tłumnie zjechali do stolicy z różnych zakątków Polski.

O godz. 17 na stacji metra "Służew" z każdego pociągu ciągle wysypywały się tłumy. Potem maszerowały w stronę Wyścigów Konnych, gdzie zorganizowano koncert.

Zaparkowane w pobliżu stadionu samochody i stoiska przedsiębiorczych handlowców wywołały efekt wąskiego gardła. Ścisk. Marsz stopkami. Skąd wzięły się na chodniku samochody i czemu nie zareagowały na nie służby porządkowe? Na to pierwsze pytanie odpowiedzi nie znam. Na drugie znaleźć jest ją łatwo. Policjanci stali na bramkach, sprawdzali (albo i nie) bilety i dbali, żeby na Służewiec nie dostała się ani jedna zakrętka (!) od butelki. Starali się też wypełniać obowiązki wynikające z ustawy o wychowaniu w trzeźwości: - Dzień dobry. Stołeczna Komenda Policji. Proszę schować piwo albo je wylać - zaapelował do mnie jeden z funkcjonariuszy. Nie pomogły tłumaczenia, że obok, pod parasolem, piwo jest przedmiotem wymiany handlowej. Po krótkim namyśle schowałam plastikowy kubek za siebie, narażając na uszkodzenie zaparkowanego na trawniku srebrnego mercedesa, na którego coraz silniej wpychał mnie gęstniejący tłum.

Przez bramkę przeszłam bez problemu. Może dlatego, że wyglądam niepozornie. Niedługo potem się okazało, że nie zawsze się to sprawdza. Byłam jedną z - podobno - 150 tys. osób, które zapragnęły w sobotę wieczorem obejrzeć koncert Stinga. Na żywo, nie w telewizji i nie z balkonów pobliskiego osiedla mieszkaniowego. Czy to był błąd?

Reklama
Reklama

Mierzę 159,5 cm. I albo mam pecha, albo jestem ofiarą.

Pecha - bo Sting (pojawił się na scenie ok. godziny 21), na służewieckich polach, z odległości kilkuset metrów miał wielkość 1/3 piątego palca. Poza tym wybrałam nieodpowiednią stronę sceny - bo... lewą.

Ofiarą - bo ewidentnie sprzysięgły się przeciwko mnie potężne siły: ukształtowanie terenu (pagórkowate, a nie wszyscy mieszczą się na wzniesieniu), wyborcze tendencje (wszystkie telebimy patrzyły w prawo, czyli w stronę loży VIP-ów) oraz krótkowzroczność (ja mam zaledwie minus trzy, ale za to organizatorzy...).

Lewa strona sceny miała swoje plusy. Było blisko do błękitnych wygódek, zwanych potocznie tojtoj, a widoczność ekranów reklamowych z wchodzącą na polski rynek marką rzeczonego operatora była wręcz doskonała.

Te ostatnie umieszczono po obu stronach sceny i były naprawdę ogromne. Zobaczyłam je zaraz po wejściu, gdy grały jeszcze supporty (zespoły rozgrzewające publikę, zanim wystąpi gwóźdź programu). Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że organizator zadbał o wizerunek gwiazdy. Będzie ją na pewno i lepiej słychać, i widać niż zespoły towarzyszące. Na pewno pojawi się więc na tych dwóch ekranach.

Niestety. Sting zagrał pod gwiazdami, czasem na tle pomarańczowych świateł, a cały czas w towarzystwie dwóch billboardów, nie pozostawiających złudzeń co do tego, kto jest sponsorem mojego wieczoru. Słychać go było może i lepiej niż poprzedników, ale też nie wszędzie - jak pisali potem internauci.

Reklama
Reklama

Zagrał niemal wszystkie swoje przeboje. Na bis - "Fragile". Kolejnych nie było. Wielotysięczna publiczność nawet nie spróbowała wywołać artysty po raz kolejny na scenę.

Nastrojów nie udało się rozgrzać do czerwoności. Być może organizator miał inny cel: uplasować subtelny kolor pomarańczy. A może zbyt wielu fanów Stinga stało po lewej stronie sceny.150 tysięcy to niecały procent klientów PTK Centertel. To jednak wyselekcjonowane 150 tysięcy. Osoby młode, kulturalne (burd nie zauważyłam), niewykluczone że otwarte na nowe usługi multimedialne, bo wysyłają SMS-a (czasem nawet kilka), aby wziąć udział w promocyjnej akcji sieci. 150 tysięcy aktywnych Polaków, wśród których są i bardzo mobilni (dojechali np. z Zamościa) i specjalnie zaproszone VIP-y. Słowem - jak sądzę - dość obiecujące grono użytkowników. Organizator podzielił ich na lepszych i gorszych. Czy wszyscy pozostaną lojalni?

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama