Żądlić czy nie żądlić (ang. to sting or not to sting) - oto jest pytanie. Zrodziło się po koncercie Stinga - brytyjskiego muzyka, zaproszonego do Warszawy przez operatora telefonii komórkowej, który chciał utrwalić klientom nową nazwę.
Operator zaprosił na koncert przede wszystkim swoich klientów. Przez kilka tygodni rozdawał im wejściówki za punktualnie wysłanego SMS-a. W ostatnią sobotę zachwyceni zaproszeni tłumnie zjechali do stolicy z różnych zakątków Polski.
O godz. 17 na stacji metra "Służew" z każdego pociągu ciągle wysypywały się tłumy. Potem maszerowały w stronę Wyścigów Konnych, gdzie zorganizowano koncert.
Zaparkowane w pobliżu stadionu samochody i stoiska przedsiębiorczych handlowców wywołały efekt wąskiego gardła. Ścisk. Marsz stopkami. Skąd wzięły się na chodniku samochody i czemu nie zareagowały na nie służby porządkowe? Na to pierwsze pytanie odpowiedzi nie znam. Na drugie znaleźć jest ją łatwo. Policjanci stali na bramkach, sprawdzali (albo i nie) bilety i dbali, żeby na Służewiec nie dostała się ani jedna zakrętka (!) od butelki. Starali się też wypełniać obowiązki wynikające z ustawy o wychowaniu w trzeźwości: - Dzień dobry. Stołeczna Komenda Policji. Proszę schować piwo albo je wylać - zaapelował do mnie jeden z funkcjonariuszy. Nie pomogły tłumaczenia, że obok, pod parasolem, piwo jest przedmiotem wymiany handlowej. Po krótkim namyśle schowałam plastikowy kubek za siebie, narażając na uszkodzenie zaparkowanego na trawniku srebrnego mercedesa, na którego coraz silniej wpychał mnie gęstniejący tłum.
Przez bramkę przeszłam bez problemu. Może dlatego, że wyglądam niepozornie. Niedługo potem się okazało, że nie zawsze się to sprawdza. Byłam jedną z - podobno - 150 tys. osób, które zapragnęły w sobotę wieczorem obejrzeć koncert Stinga. Na żywo, nie w telewizji i nie z balkonów pobliskiego osiedla mieszkaniowego. Czy to był błąd?