Wczorajsza sesja potwierdziła, że rynek znajduje się w fazie podwyższonej zmienności. Wskaźnik ATR z 10 sesji osiągnął 45 punktów, dokładnie tyle samo, co na jesieni przed dwoma laty. Mieliśmy wtedy na wykresie WIG20 dwie silne fale spadkowe, z których każda spowodowała obniżenie wartości indeksu o ponad 10%. Ponieważ łącznikiem między nimi była niemal silna zwyżka, dlatego obsunięcie WIG20 od szczytu hossy wyniosło tylko 17%. Czy teraz czeka nas podobny scenariusz?
Na razie nie ma podstaw, żeby tak twierdzić. Wprawdzie na wykresie WIG20 powstała formacja objęcia bessy, ale nie zostało pokonane żadne ważne wsparcie. Takim - w perspektywie krótkoterminowej - mógłby być lokalny dołek z 23 września, znajdujący się na 2456,6 pkt. Jego przebicie spowoduje zbudowanie na wykresie formacji podwójnego szczytu. Sęk w tym, że wynikający z niej zasięg spadku, uwzględniając obecną zmienność rynku, może zostać zrealizowany praktycznie w jedną sesję. Dlatego za sygnał przesilenia uznałbym dopiero przełamanie wzrostowej linii trendu, znajdującej się obecnie na poziomie 2350 pkt. To aż 130 punktów poniżej wczorajszego zamknięcia, co oznacza, że do otrzymania wiarygodnej wskazówki trzeba zniżki WIG20 o ponad 5%. Przy realizacji takiego scenariusza kursy pojedynczych spółek "polecą" dużo mocniej niż sam indeks. To kolejny skutek uboczny podwyższonej zmienności - dobrym środkiem zaradczym jest zmniejszenie zaangażowania na rynku.
Nie można też wykluczyć scenariusza, zgodnie z którym wczoraj ukształtowany został dużo bardziej istotny szczyt, niż to się teraz wydaje. Zwraca uwagę, że do przeceny na rynkach wschodzących doszło w tym samym czasie, kiedy giełdy europejskie notują kilkuletnie maksima. Niemiecki DAX definitywnie uporał się wczoraj z barierą 5 tys. punktów. Kiedy do zwrotu dochodzi w gronie emerging markets konsolidacja, jako okres przejściowy między hossą i bessą, może nie być konieczna. Przykładem może być zmiana trendu do której doszło w lutym 1997 roku.