Warto jednocześnie zwrócić uwagę, że w ostatnich latach do tak wyraźnego jak obecnie lub większego wzrostu dysproporcji pomiędzy kwartalnymi stopami zwrotu dla WIG20 i S&P 500 dochodziło najczęściej w momentach, gdy ta druga wyraźnie malała. Od końca lipca obniżyła się z 8,8%, do 1,4%. Za każdym razem później szybko kwartalna zmiana WIG20 stawała się ujemna. Takie same spostrzeżenia dotyczą porównania kwartalnej stopy zwrotu dla indeksu MSCI Emerging Market i dla S&P 500.
Można też przyjąć inny punkt widzenia, sprowadzający się do oceny przez globalnych inwestorów relatywnej atrakcyjności w danym momencie naszego parkietu, czy szerzej emerging markets względem amerykańskiej giełdy. Nie bez powodu jest nazywana rynkiem bazowym. Skoro więc w ciągu trzech ostatnich miesięcy WIG20 wypadł o ponad 20 pkt proc. lepiej niż S&P 500, a rynki wschodzące o przeszło 13 pkt proc. lepiej, może jednak jest to już czas na realizację zysków. Taka refleksja ma małe szanse na pojawienie się w fazie emocjonalnego czy wręcz euforycznego wzrostu, ale kiedy opada "kurz", związany z najgorętszą atmosferą na giełdzie, stopniowo zaczyna przeważać racjonalne myślenie.
Rynek w punkcie równowagi
Trwająca drugi tydzień stabilizacja notowań w rejonie 2500 pkt dla WIG20 pokazuje, że przyszedł czas na zastanowienie się, czy warto płacić obecne ceny za akcje największych firm czy na przykład na amerykańskim rynku nie można znaleźć atrakcyjniejszych propozycji...
Zarządzający funduszami inwestycyjnymi na świecie mają twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony, w dalszym ciągu podmioty lokujące na wschodzących rynkach są zalewane falą świeżego kapitału. Płynie on również do globalnych funduszy. Z drugiej strony, ostatnie tygodnie to spektakularny odpływ pieniędzy z funduszy inwestujących w Stanach Zjednoczonych. Według danych Emerging Portfolio (firmy badającej przepływy kapitału w ponad 8 tys. funduszy inwestycyjnych), od pierwszej połowy sierpnia nadwyżka wypłat nad wpłatami wynosi ok. 10 mld USD. W tym samym czasie, w przypadku funduszy lokujących na rynkach wschodzących, wpłaty przekroczyły wypłaty o blisko połowę tej sumy. Zarządzający są w jakimś stopniu zakładnikami takiej sytuacji - muszą napływające pieniądze wydawać na kupno walorów na emerging markets (jeśli chcą utrzymać stały współczynnik zaangażowania w akcje), a nie mają możliwości nabywać amerykańskich papierów, czy wręcz są zmuszeni skracać pozycje.
W tym kontekście rysują się dwa warianty. Zarządzający funduszami na emerging markets dojdą do wniosku, że notowane akcje na nich stały się przewartościowane i zaczną ograniczać ich